Moja strona

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Denial Revisited...

poniedziałek, 29 grudnia 2008
Zawsze to na czym nam najbardziej zależy w najłatwiejszy sposób ulega degradacji. Im bardziej się staramy tym większa szansa, że coś prędzej czy później runie w dół. Nie ma w tym głębszego sensu ani rozszerzonej matematyki tak po prostu jest. Kiedy coś olewamy, nie staramy się o to w żaden sposób, to statystycznie rzecz biorąc większe są szanse na odniesienie sukcesu niż w momencie w którym wylewamy siódme poty aby ten sam wynik osiągnąć. Najgorsze jest to, że wcześniej czy później czy tego chcemy czy nie popełnimy ten sam błąd - znowu zacznie nam na kimś zależeć. Ot taka przewrotność losu..

So here we go
Having the same old fight again
So there she goes
Same old game that never ends

If I could say
All the right words
I know I could make you stay
If I could say all the right words
Things would work out alright

And if you go
I won't believe
That it's forever
And you can go
I'll never leave
'Cause it's not over

Replay last night
Talking it out don't make it right
I know she's tried, my whole world
is her and all we've got now

And if you go
I won't believe
That it's forever
I won't let go
Even if she says that it's over
I know it'll be
Different this time
If you'd just stay

And when we wrote this story
How did it end?
It was you and me for all our lives
Come on don't say it
We'll try again
And if I'd just hold you
We could last

But she stands softly
Tears down her face
Hitting me, oh God
This is the end
And I'm waiting for you
But there's nothing more now i can do

How did you know
How did you know
How did you know
Finally

sobota, 27 grudnia 2008

wolny czas?

sobota, 27 grudnia 2008
Święta, święta i po świętach jak to się zwykło mawiać. Na szczęście tegoroczny kalendarz jest dla nas łaskawy i to nasze opierniczanie się można spokojnie do Nowego Roku ciągnąć. Ja sam dzięki wrodzonej inteligencji, bez brania urlopu w pracy mam wolne do 5 stycznia. I tu zaczyna się problem, bo jak się okazało że mam tyle wolnego czasu to również wyszło na jaw że nie za bardzo wiem co z nim zrobić. W sumie jakieś projekty na uczelnie są do zrobienia, no ale to góra dwa dni mi zajmie. I tak oto po 3 latach studiów i pracy okazało się że tak jestem przywiązany do swojego planu dnia, że sam spontanicznie nic nie potrafię wymyślić. Najchętniej przespałbym cały tydzień co byłoby nawet dobrym rozwiązaniem gdyby oznaczało to, że będę potem następne 7 dni wyspany. Niestety życie tak proste i logiczne nie jest.

niedziela, 21 grudnia 2008

„Mały indianin”

niedziela, 21 grudnia 2008
Była sobota 31 sierpnia. Kuba zwlekł się z łóżka około 5 nad ranem, gdyż dalszy sen i tak był niemożliwy. Po pierwsze do jego pokoju zawsze rano wpadało ostre oślepiające słońce i gdy już go obudziło to nie było szans na odpoczynek a po drugie był to ważny dzień w jego życiu, być może jeden z ważniejszych. Za dwie, góra trzy godziny miał poznać ludzi z którymi spędzi kolejne trzy lata życia. Zapewne, i tu nie było żadnych wątpliwości, niektórzy z nich staną sie dla niego wrogami, inni kumplami, a jeszcze inni ludźmi bez których nie będzie sobie wyobrażał życia. Tak, rozpoczynało się liceum, i czy człowiek chciał czy nie chciał musiał spojrzeć nowemu wyzwaniu prosto w twarz. Jakub przekręcił się na bok z którego łatwiej było mu „spełznąć” z łóżka i postawił nogę na zimnej podłodze i poczuł przeszywający ból w stopie. 230 km w nogach wciąż dawało znać o sobie. „Cholera gdybym wiedział wcześniej, że porywamy się na coś tak ciężkiego kazałbym Rafałowi pocałować mnie w dupę, a sam nigdzie bym się nie ruszył” - pomyślał. Chory pomysł pójścia na pielgrzymkę zrodził się w głowie naszego bohatera i jego popapranych kumpli pod koniec lipca. Miał to być sposób na odreagowanie różnego rodzaju przygód, które spotkały ich 2 tygodnie wcześniej na wspólnym obozie. Pierwszego dnia byli pełni zapału, ale po 30 km przebytych na piechotę świat wydawał im sie już mniej kolorowy. Hektolitry wypijanej wody, brak możliwości skorzystania z ludzkiej toalety, no i przede wszystkim ogromny wysiłek fizyczny sprawił, że pod wieczór dnia pierwszego Kuba padł na jakiejś polanie na ziemię i mimo krzyków i przekleństw rzucanych na lewo i prawo przez jego kumpli ani myślał pomagać im w rozstawianiu namiotu. Dopiero gdy konstrukcja stanęła na ziemi wczołgał się do środka, wcześniej oczywiście udając sie do punktu medycznego aby poskarżyć się na swoje obolałe stopy oraz odruchy wymiotne, które męczyły go już od jakiegoś 25 km. Na szczęście potem było już coraz lepiej. Około 3 dnia chłopaków bolało i tak już wszystko, więc dalsze użalanie się było bez sensu. Po 10 dniach doszli na Jasną Górę, a radość z dokonanego wyczynu przyćmiła ból stóp i kręgosłupa. Byli z siebie naprawdę dumni i czuli że dokonali czegoś ważnego. Niestety to co chwilowo zagłuszyła radość z sukcesu odzywało się echem przez następny miesiąc. Tak więc obolałe stopy, schodząca spalona skóra z twarzy stały się chlebem powszednim. Zawsze jednak kiedy Jakub czuł się fatalnie przypominał sobie śmieszne historie ze wspólnego wypadu. Było ich co najmniej kilka i gdy wspominał chociażby jak przywalił głową w znak stopu, od razu robiło mu się lepiej i jakoś tak ciepło na sercu. Wiedział, że takie chwile mogą się już nie powtórzyć i może juz nigdy więcej nie doprowadzi swoich kumpli do łez ze śmiechu. Kuba zagryzł zęby, wstał z łóżka i jak zwykle po omacku zaczął iść w kierunku łazienki. Krótka toaleta i znów wyglądał jak człowiek. Jego zniszczone od słońca włosy, które zapuszczał, przypominały teraz mniej więcej stóg siana ale jako twardy młody fan Metallici olał ich czesanie wciągając na głowę brązową bandankę. „Tak teraz wyglądam naprawdę jak debil, może trzeba je obciąć jednak? Nie nie należy sie poddawać, trzeba znieść cierpienia i niedogodności, będę twardy” - podebatował trochę w sumieniu i udał się aby dokończyć pakowanie. Jednym z nawyków pielgrzymkowych była nowa taktyka pakowania. Opierała się na haśle „Nie ważne jak byle by było” Jego mama nie potrafiła się wciąż przekonać do jej zalet czyli przede wszystkim do ogromnej oszczędności czasu. Żeby się nie denerwować zrezygnowała z przyglądania się temu nowemu zjawisku. Po pewnym czasie był już całkowicie gotowy do drogi. Mimo namów matki zrezygnował ze śniadania (źle sie potem czuł w podróży) i zaczął zbierać się do wyjścia. Gdy już był przy drzwiach. Mama jak zwykle kazała mu się odwrócić i naznaczyła mu krzyżyk na czole. Robiła to odkąd pamiętał za każdym razem gdy gdzieś wyjeżdżał. Z wiekiem zaczęło go to coraz bardziej irytować ale po pielgrzymce jakoś nie protestował za bardzo. Wyszedł z domu i udał się na pobliską pętle autobusu 319. Mieszkał w Pyrach koło torów kolejowych, a Warszawa kończyła się jakieś 100 metrów za jego domem. Tutaj nie było czuć że mieszka się w stolicy. Często w gimnazjum kumple mieli ubaw i dogryzali mu z tego powodu, ale on się nie przejmował. Za cenę trochę dłuższego dojazdu miał spokój i cisze a przecież i tak wciąż był w granicach terytorialnych Warszawy. Usiadł w autobusie i zaczął rozmyślać. Wszyscy z którymi rozmawiał o liceum mówili, że spotyka się tam ludzi których pamięta sie całe życie. On już znał ludzi, których pamięta się całe życie. W pierwszej klasie gimnazjum trafił do klasy w której byli alkoholicy i drugoroczniacy. Wytrzymał tam pół roku. Zmienił klasę i trafił do naprawdę fajnej, teraz było mu strasznie żal że ich wszystkich musiał zostawić. No ale cóż „life goes on” jak mawiał jego kolega Filip. Autobus ruszył. Kuba stwierdził, że nie ma co dłużej myśleć i nałożył na uszy słuchawki z których płynęła muzyka. Była to jak zwykle ostatnio Metallica. Stanowiła ona tak jakby pozostałość po jego klasie gimnazjalnej. Na ostatnim obozie przypadkiem wpadła mu w rękę płyta „S&M”. Od tamtej pory słuchał jej non stop. Czasami śpiewając głośno zachowywał się jak oszołom ale nie zwracał na to uwagi. Ten zespół był teraz jego guru i opinie innych nie miały dla niego żadnego znaczenia. Nucąc tak sobie pod nosem jechał autobusem i patrzył na rodzącą się ze snu Warszawę. Puławska jak zwykle była zakorkowana ale specjalnie wcześniej wsiadł do autobusu aby nie stresować się spóźnieniem na autokar. 319 przedzierało się dziurawą ulicą jeszcze dobre 20 min aż stanęło na „Wilanowskiej”
Kuba wyturlał się z autobusu i podążył do metra. Znów mijał stragany rozłożone naokoło pętli autobusowej. Gdyby ktoś nie mieszkał w stolicy i nie znał tego miejsca nie domyśliłby się że jest to
jedna z większych pętli ZTM. Nieład i syf panujący naokoło nie świadczyły dobrze o służbie oczyszczania miasta. Na szczęście do metra było niedaleko, a gdzie jak gdzie ale w metrze jest porządek. Wyciągnięcie portfela z kartą miejską zajęło mu trochę czasu. Fakt nie pomyślał wcześniej, że dobrze mieć dokumenty na wierzchu. No cóż mając 16 lat nie trzeba pamiętać o wszystkim. W czasie gdy schodził po schodach słyszał już charakterystyczne dźwięki, które wydawało tylko metro warszawskie. Odgłosy te przypominały mu zawsze jęki zmarłych. Gdy był mały bał się ich ale z czasem zaczął zauważać w nich piękno. Teraz zastanawiał się na fizycznymi uwarunkowaniami występowania tych dźwięków, ale że nic mądrego nie wymyślił przestał zawracać sobie tym problemem głowę.
Wysiadł na Wierzbnie i stanął na peronie mocno wytężając mózgownice, starając sobie przypomnieć w którym kierunku należy iść. Zawsze wychodził z metra „na czuja” ale teraz postanowił iść za tłumem, tzn za ludźmi w jego wieku posiadającymi wyładowane torby bądź plecaki. Zastanawiał się czy, któreś z nich jest jego przyszłym kolegą bądź koleżanką z klasy. Może należy zagadać? Nieee. Wtedy musiałby wyłączyć Discmana, a akurat leciało „For Whom The Bell Tolls”. I tak pewnie już wszyscy zwrócili na niego uwagę. Przygarbiony chłopak z nadwagą, brązową chustką na przydługich włosach i słuchawkami na uszach, które grają tak głośno że słyszy to połowa stacji metra – tak mógł zapomnieć o anonimowości. Ruszył żwawo za pojedynczymi osobami i po szarych schodach metra wyszedł na ulice. Od razu poczuł chłód, który wcześniej jakoś nie był tak dotkliwy. Mimo, że był to koniec sierpnia pogoda bynajmniej nie była letnia. Na ulicach i przy krawężnikach stały kałuże – pozostałości po wczorajszym deszczu. Wiatr zawiał jeszcze mocniej i Kuba przyspieszył kroku. Rozglądał się naokoło i myślał o tym że przez następne trzy lata będzie pokonywał tą trasę dzień w dzień. Minął Kościół, gmach Telewizji i skręcił w prawo. Po 5 minutach doszedł do bram szkoły. Na placu przed budynkiem od razu rzuciła mu się w oczy ogromna wierzba sięgająca swymi ramionami do samych okien szkoły. W taką pogodę jej liście wyglądały pięknie, a jej ramiona były rozłożone jakby w geście powitalnym skierowanym do nowych uczniów Goethego. Była bardzo stara i w obawie przed jej załamaniem się „spętano ją” metalowymi klamrami. Wokoło drzewa stało mnóstwo młodych ludzi. Niektórzy rozpoczynali powolutku „oswajanie się” między sobą, inni jakby z boku czekali na dalszy rozwój wydarzeń. Jakub od razu wypatrzył Marka i podszedł do niego.
 Strzałka.
 No sie masz.
 Co, menadżerska?
 Nom, człowieku moją wychowawczynią jest jakaś Nowak, po prostu walnięta kobieta cały czas coś krzyczy. Dopiero 20 min, a ja już nie wyrabiam.
 Heh, mówiłem przecież - nie ma lekko. Ja szukam Szakalickiego, podobno to mój wychowawca, historyk. Z tego co moja mama mówiła nie grzeszy wzrostem.
 A wiesz widziałem Dudzińską, jak ją znajdziesz to pewnie znajdziesz i jego, w końcu jesteście razem w klasie.
 Weź mnie nie denerwuj, pewnie z ojcem jeszcze przyszła dzisiaj?
 Jakbyś zgadł.
 Ech, dobra obiecałem sobie, że olewam całą tą sprawę. Jak dla mnie koniec tematu. Chodzi ze mną do klasy i to na tyle jeśli chodzi o nasze kontakty. Dobra zmiatam znaleźć tego mojego belfra. Do zobaczenia na miejscu, narka.
 Nara.
Ruszył bliżej drzwi szkoły, ale nigdzie nie mógł znaleźć nauczyciela odpowiadającego opisowi jaki podała mu mama. Niski, krępy, duża broda. „Kurde no nigdzie nie ma” - pomyślał. Nagle zauważył, że koło ławki na dziedzińcu zebrał się mały krąg ludzi, którzy słuchali kogoś z zaciekawieniem. Zza pleców tłumu nie było widać nikogo lecz wydobywał się głos:
 Jesteśmy podzieleni, prawda, na dwa autokary. Wszystko zależy od nazwiska. Część jedzie tym a część drugim, prawda.
Kuba przedarł się trochę bliżej i wychylając się dojrzał w środku kręgu siedzącego na ławce profesora Szakalickiego. Pierwsze skojarzenie – krasnal. Długa czarna broda, lekka nadwaga, łysina na środku głowy i niewielki wzrost. Wszystko to sprawiło iż Kuba zaczął się zastanawiać czy przypadkiem jego nowy wychowawca nie był pierwowzorem Rumcajsa. Nauczyciel trzymał na kolanach listę obecności i wyczytywał poszczególne nazwiska osób w ten sposób przydzielając je do odpowiedniego autokaru.
 Szmidt – przeczytał Szakalicki.
 „No tak, szkoła im. Goethego, wiadomo jacyś niemcy muszą być” - przemknęło naszemu bohaterowi po głowie
 Tłustochowicz – zagrzmiało
 „Dobra teraz ja” - wziął torbę i poszedł do wyznaczonego autokaru. Załadował bagaż do luku i usiadł na pierwszym lepszym miejscu. Chciał dokonać drobnego rozpoznania ludzi, ale nie starczyło mu czasu. Z siedzenia przed nim wystrzeliła w jego kierunku czyjaś dłoń.
 Cześć, jestem Bohdan, przez H
 Czołem, Kuba, przez jakie H?
 No przez H w środku.
 Aha – powiedział tak aby jego wypowiedź była jak najbardziej przekonująca
 Klasa B?
 Tak.
 No to będziemy chodzić razem do klasy bite trzy lata.
 Na to wychodzi. Znasz tu kogoś?
 Tak parę osób. Mam jednego kumpla w klasie równoległej, a z naszej klasy znam Dominikę, na pewno ją poznasz nie da się jej nie zauważyć.
 Fajnie. Czyli co? Teraz czekamy na naszych współpasażerów bo widze, że ty też masz wolną miejscówkę koło siebie.
 Taa, zobaczymy kto doczłapie do nas.
Nagle obok nich stanął chłopak. Szczupły i w miarę wysoki. Na sobie miał bluzę, jakieś jeansy oraz okulary jak w Matrixie. Cały wizerunek dopełniał kolor włosów tzw „jajecznica”.
„Ja pierdole” - przemknęło Kubie, „proszę tylko nie ze mną...”
 Cześć jestem Bartek, mogę sie dosiąść?
 Jasne – wycedził Kuba
 Widziałem dużo fajnych lasek w autokarze jest w czym wybierać. Jedna nawet dość długo patrzyła się w moim kierunku. Chyba na mnie leci.
„O Bogowie za co?” - Kuba nie lubił tego typu ludzi. Jak można po jednej minucie stwierdzić czy ktoś na kogoś leci? Jak można zrobić sobie coś takiego na głowie? „Aaa, idę się powiesić” - przemknęło mu.
 Ciesze sie – odpowiedział zdawkowo. - Jestem Kuba.
 A ja Bohdan, jak Chmielnicki – dodał wcześniej poznany kolega
W tym momencie marzenia naszego bohatera o normalnej klasie zaczęły odpływać coraz dalej. Uczono go, że nie należy oceniać człowieka po pozorach ( jak zresztą dowiecie się na dalszych kartkach książki, obaj nowo poznani koledzy okazali się fajni), jednak teraz zaczęło go ogarniać zwątpienie. Modlił się aby autokar ruszył jak najszybciej a on sam mógł poznać pozostałą część klasy. Autokar powolutku zmierzał w kierunku Ustki – ich miejsca integracji.

niedziela, 14 grudnia 2008

Oboźna czy Obozowa...

niedziela, 14 grudnia 2008
W Harendzie dało się wśród papierosowego dymu odczuć atmosferę totalnego nihilizmu.
III rok IG dyskutował między sobą o wszystkim i jednocześnie o niczym. Przez pierwsze minuty spostrzec można było, że nie do końca zostawiliśmy za sobą pisaną trochę wcześniej Klausur, jednak wprost proporcjonalnie do ilości alkoholu we krwi i zapadającego za oknem zmroku oddawaliśmy się coraz bardziej dyspucie w sferze zagadnień bardziej egzystencjalnych. Jak zawsze rozmawialiśmy z Peterem o footbolu, potwierdzając tylko w ten sposób że nasz niemiecki jest zrozumiały, a on myślę że w ramach rewanżu, wplatał w swoje wypowiedzi co pewien czas słówka po polsku. Co poniektórzy dywagowali na temat systemu prawnego III Rzeszy, a jeszcze inni wspominali czasy kształtowania własnej osobowości. Oczom wytrawnych obserwatorów ukazały się nowe rodzące się wśród gwaru głosów kontakty międzyludzkie. "W życiu piękne są tylko chwile" cytat z Dżemu idealnie oddawał smak spotkania. Wraz z upływem czasu przy piwie zostawały tylko najtwardsze jednostki aby oddać się tematowi bardziej naturalistycznemu, czyli w skrócie "kto by czego z kim nie zrobił" Absurd dialogów wplata się idealnie w schemat książek Gombrowicza. Alkohol uwalnia z ludzkiej podświadomości takie pokłady idei, że trudno się oprzeć wrażeniu wszechobecnego geniuszu. Nasze życie przez te 5 godzin zawieszonych jest w słodkiej nicości. I tylko zakład z kumplem, przypomina w drodze powrotnej do domu, że jednak
studiujemy w jakimś celu...




czwartek, 11 grudnia 2008

wola istnienia...

czwartek, 11 grudnia 2008

Na pewno zastanawiałeś się czasem co robisz na tym świecie, czemu w takim a nie innym otoczeniu żyjesz. Czemu akurat w tym zakątku świata przyszło Ci się urodzić, rosnąć, rozwijać swój byt, i najważniejsze do czego to Twoje istnienie zmierza. Może czasem wieczorem przed snem zanim Twój umysł zaśnie przetacza się przez niego tysiąc myśli, pojęć, zagadnień i teorii, które chciałbyś urzeczywistnić. Milion przyziemnych spraw krążących po Twojej wyobraźni, które powinieneś załatwić ale z powodu własnej niemocy, lenistwa lub zwykłego braku chęci zostawiłeś z boku. Jeżeli czujesz że Twoje życie przecieka Ci przez palce, jeżeli odnosisz ciągłe wrażenie, że powinieneś być w innym miejscu, wykonywać tysiące innych czynności, jednym słowem cały czas poszukujesz to w gruncie rzeczy jesteś podobny do mnie. Z pewnością inaczej stawiasz sobie pytania, na pewno innej szukasz drogi, inny również cel Twojej wędrówki w głąb siebie obrałeś. Łączy nas jedno – nie akceptujesz gotowych odpowiedzi.

Pomysł powstania tego bloga zrodził się już dawno w mojej głowie. Moja podświadomość tworzy wiele pytań, których nie chciałbym zapisywać sam dla siebie. Nie będę tu prał brudów przeszłości i opisywał każdego dnia swojego życia z kronikarską rzetelnością. Owszem szczegóły z mojego życia będą się pojawiać ale mam nadzieję, że będą stanowić tylko tło dla moich wypowiedzi. Ten sposób otworzenia siebie jest również pomysłem na zaspokojenie własnych literacki zapędów. Swego czasu tworzyłem to i owo ale zawsze do szuflady. Postaram się aby co pewien czas ukazywały się tu fragmenty tej twórczości przez małe „t”. Zapraszam wszystkich do aktywnego komentowania moich wypowiedzi, gdyż bez tego będzie to miejsce na pewno uboższe. Mam na imię Kuba a to jest mój blog.

 
wola istnienia... © 2008. Design by Pocket