Była sobota 31 sierpnia. Kuba zwlekł się z łóżka około 5 nad ranem, gdyż dalszy sen i tak był niemożliwy. Po pierwsze do jego pokoju zawsze rano wpadało ostre oślepiające słońce i gdy już go obudziło to nie było szans na odpoczynek a po drugie był to ważny dzień w jego życiu, być może jeden z ważniejszych. Za dwie, góra trzy godziny miał poznać ludzi z którymi spędzi kolejne trzy lata życia. Zapewne, i tu nie było żadnych wątpliwości, niektórzy z nich staną sie dla niego wrogami, inni kumplami, a jeszcze inni ludźmi bez których nie będzie sobie wyobrażał życia. Tak, rozpoczynało się liceum, i czy człowiek chciał czy nie chciał musiał spojrzeć nowemu wyzwaniu prosto w twarz. Jakub przekręcił się na bok z którego łatwiej było mu „spełznąć” z łóżka i postawił nogę na zimnej podłodze i poczuł przeszywający ból w stopie. 230 km w nogach wciąż dawało znać o sobie. „Cholera gdybym wiedział wcześniej, że porywamy się na coś tak ciężkiego kazałbym Rafałowi pocałować mnie w dupę, a sam nigdzie bym się nie ruszył” - pomyślał. Chory pomysł pójścia na pielgrzymkę zrodził się w głowie naszego bohatera i jego popapranych kumpli pod koniec lipca. Miał to być sposób na odreagowanie różnego rodzaju przygód, które spotkały ich 2 tygodnie wcześniej na wspólnym obozie. Pierwszego dnia byli pełni zapału, ale po 30 km przebytych na piechotę świat wydawał im sie już mniej kolorowy. Hektolitry wypijanej wody, brak możliwości skorzystania z ludzkiej toalety, no i przede wszystkim ogromny wysiłek fizyczny sprawił, że pod wieczór dnia pierwszego Kuba padł na jakiejś polanie na ziemię i mimo krzyków i przekleństw rzucanych na lewo i prawo przez jego kumpli ani myślał pomagać im w rozstawianiu namiotu. Dopiero gdy konstrukcja stanęła na ziemi wczołgał się do środka, wcześniej oczywiście udając sie do punktu medycznego aby poskarżyć się na swoje obolałe stopy oraz odruchy wymiotne, które męczyły go już od jakiegoś 25 km. Na szczęście potem było już coraz lepiej. Około 3 dnia chłopaków bolało i tak już wszystko, więc dalsze użalanie się było bez sensu. Po 10 dniach doszli na Jasną Górę, a radość z dokonanego wyczynu przyćmiła ból stóp i kręgosłupa. Byli z siebie naprawdę dumni i czuli że dokonali czegoś ważnego. Niestety to co chwilowo zagłuszyła radość z sukcesu odzywało się echem przez następny miesiąc. Tak więc obolałe stopy, schodząca spalona skóra z twarzy stały się chlebem powszednim. Zawsze jednak kiedy Jakub czuł się fatalnie przypominał sobie śmieszne historie ze wspólnego wypadu. Było ich co najmniej kilka i gdy wspominał chociażby jak przywalił głową w znak stopu, od razu robiło mu się lepiej i jakoś tak ciepło na sercu. Wiedział, że takie chwile mogą się już nie powtórzyć i może juz nigdy więcej nie doprowadzi swoich kumpli do łez ze śmiechu. Kuba zagryzł zęby, wstał z łóżka i jak zwykle po omacku zaczął iść w kierunku łazienki. Krótka toaleta i znów wyglądał jak człowiek. Jego zniszczone od słońca włosy, które zapuszczał, przypominały teraz mniej więcej stóg siana ale jako twardy młody fan Metallici olał ich czesanie wciągając na głowę brązową bandankę. „Tak teraz wyglądam naprawdę jak debil, może trzeba je obciąć jednak? Nie nie należy sie poddawać, trzeba znieść cierpienia i niedogodności, będę twardy” - podebatował trochę w sumieniu i udał się aby dokończyć pakowanie. Jednym z nawyków pielgrzymkowych była nowa taktyka pakowania. Opierała się na haśle „Nie ważne jak byle by było” Jego mama nie potrafiła się wciąż przekonać do jej zalet czyli przede wszystkim do ogromnej oszczędności czasu. Żeby się nie denerwować zrezygnowała z przyglądania się temu nowemu zjawisku. Po pewnym czasie był już całkowicie gotowy do drogi. Mimo namów matki zrezygnował ze śniadania (źle sie potem czuł w podróży) i zaczął zbierać się do wyjścia. Gdy już był przy drzwiach. Mama jak zwykle kazała mu się odwrócić i naznaczyła mu krzyżyk na czole. Robiła to odkąd pamiętał za każdym razem gdy gdzieś wyjeżdżał. Z wiekiem zaczęło go to coraz bardziej irytować ale po pielgrzymce jakoś nie protestował za bardzo. Wyszedł z domu i udał się na pobliską pętle autobusu 319. Mieszkał w Pyrach koło torów kolejowych, a Warszawa kończyła się jakieś 100 metrów za jego domem. Tutaj nie było czuć że mieszka się w stolicy. Często w gimnazjum kumple mieli ubaw i dogryzali mu z tego powodu, ale on się nie przejmował. Za cenę trochę dłuższego dojazdu miał spokój i cisze a przecież i tak wciąż był w granicach terytorialnych Warszawy. Usiadł w autobusie i zaczął rozmyślać. Wszyscy z którymi rozmawiał o liceum mówili, że spotyka się tam ludzi których pamięta sie całe życie. On już znał ludzi, których pamięta się całe życie. W pierwszej klasie gimnazjum trafił do klasy w której byli alkoholicy i drugoroczniacy. Wytrzymał tam pół roku. Zmienił klasę i trafił do naprawdę fajnej, teraz było mu strasznie żal że ich wszystkich musiał zostawić. No ale cóż „life goes on” jak mawiał jego kolega Filip. Autobus ruszył. Kuba stwierdził, że nie ma co dłużej myśleć i nałożył na uszy słuchawki z których płynęła muzyka. Była to jak zwykle ostatnio Metallica. Stanowiła ona tak jakby pozostałość po jego klasie gimnazjalnej. Na ostatnim obozie przypadkiem wpadła mu w rękę płyta „S&M”. Od tamtej pory słuchał jej non stop. Czasami śpiewając głośno zachowywał się jak oszołom ale nie zwracał na to uwagi. Ten zespół był teraz jego guru i opinie innych nie miały dla niego żadnego znaczenia. Nucąc tak sobie pod nosem jechał autobusem i patrzył na rodzącą się ze snu Warszawę. Puławska jak zwykle była zakorkowana ale specjalnie wcześniej wsiadł do autobusu aby nie stresować się spóźnieniem na autokar. 319 przedzierało się dziurawą ulicą jeszcze dobre 20 min aż stanęło na „Wilanowskiej”
Kuba wyturlał się z autobusu i podążył do metra. Znów mijał stragany rozłożone naokoło pętli autobusowej. Gdyby ktoś nie mieszkał w stolicy i nie znał tego miejsca nie domyśliłby się że jest to
jedna z większych pętli ZTM. Nieład i syf panujący naokoło nie świadczyły dobrze o służbie oczyszczania miasta. Na szczęście do metra było niedaleko, a gdzie jak gdzie ale w metrze jest porządek. Wyciągnięcie portfela z kartą miejską zajęło mu trochę czasu. Fakt nie pomyślał wcześniej, że dobrze mieć dokumenty na wierzchu. No cóż mając 16 lat nie trzeba pamiętać o wszystkim. W czasie gdy schodził po schodach słyszał już charakterystyczne dźwięki, które wydawało tylko metro warszawskie. Odgłosy te przypominały mu zawsze jęki zmarłych. Gdy był mały bał się ich ale z czasem zaczął zauważać w nich piękno. Teraz zastanawiał się na fizycznymi uwarunkowaniami występowania tych dźwięków, ale że nic mądrego nie wymyślił przestał zawracać sobie tym problemem głowę.
Wysiadł na Wierzbnie i stanął na peronie mocno wytężając mózgownice, starając sobie przypomnieć w którym kierunku należy iść. Zawsze wychodził z metra „na czuja” ale teraz postanowił iść za tłumem, tzn za ludźmi w jego wieku posiadającymi wyładowane torby bądź plecaki. Zastanawiał się czy, któreś z nich jest jego przyszłym kolegą bądź koleżanką z klasy. Może należy zagadać? Nieee. Wtedy musiałby wyłączyć Discmana, a akurat leciało „For Whom The Bell Tolls”. I tak pewnie już wszyscy zwrócili na niego uwagę. Przygarbiony chłopak z nadwagą, brązową chustką na przydługich włosach i słuchawkami na uszach, które grają tak głośno że słyszy to połowa stacji metra – tak mógł zapomnieć o anonimowości. Ruszył żwawo za pojedynczymi osobami i po szarych schodach metra wyszedł na ulice. Od razu poczuł chłód, który wcześniej jakoś nie był tak dotkliwy. Mimo, że był to koniec sierpnia pogoda bynajmniej nie była letnia. Na ulicach i przy krawężnikach stały kałuże – pozostałości po wczorajszym deszczu. Wiatr zawiał jeszcze mocniej i Kuba przyspieszył kroku. Rozglądał się naokoło i myślał o tym że przez następne trzy lata będzie pokonywał tą trasę dzień w dzień. Minął Kościół, gmach Telewizji i skręcił w prawo. Po 5 minutach doszedł do bram szkoły. Na placu przed budynkiem od razu rzuciła mu się w oczy ogromna wierzba sięgająca swymi ramionami do samych okien szkoły. W taką pogodę jej liście wyglądały pięknie, a jej ramiona były rozłożone jakby w geście powitalnym skierowanym do nowych uczniów Goethego. Była bardzo stara i w obawie przed jej załamaniem się „spętano ją” metalowymi klamrami. Wokoło drzewa stało mnóstwo młodych ludzi. Niektórzy rozpoczynali powolutku „oswajanie się” między sobą, inni jakby z boku czekali na dalszy rozwój wydarzeń. Jakub od razu wypatrzył Marka i podszedł do niego.
Strzałka.
No sie masz.
Co, menadżerska?
Nom, człowieku moją wychowawczynią jest jakaś Nowak, po prostu walnięta kobieta cały czas coś krzyczy. Dopiero 20 min, a ja już nie wyrabiam.
Heh, mówiłem przecież - nie ma lekko. Ja szukam Szakalickiego, podobno to mój wychowawca, historyk. Z tego co moja mama mówiła nie grzeszy wzrostem.
A wiesz widziałem Dudzińską, jak ją znajdziesz to pewnie znajdziesz i jego, w końcu jesteście razem w klasie.
Weź mnie nie denerwuj, pewnie z ojcem jeszcze przyszła dzisiaj?
Jakbyś zgadł.
Ech, dobra obiecałem sobie, że olewam całą tą sprawę. Jak dla mnie koniec tematu. Chodzi ze mną do klasy i to na tyle jeśli chodzi o nasze kontakty. Dobra zmiatam znaleźć tego mojego belfra. Do zobaczenia na miejscu, narka.
Nara.
Ruszył bliżej drzwi szkoły, ale nigdzie nie mógł znaleźć nauczyciela odpowiadającego opisowi jaki podała mu mama. Niski, krępy, duża broda. „Kurde no nigdzie nie ma” - pomyślał. Nagle zauważył, że koło ławki na dziedzińcu zebrał się mały krąg ludzi, którzy słuchali kogoś z zaciekawieniem. Zza pleców tłumu nie było widać nikogo lecz wydobywał się głos:
Jesteśmy podzieleni, prawda, na dwa autokary. Wszystko zależy od nazwiska. Część jedzie tym a część drugim, prawda.
Kuba przedarł się trochę bliżej i wychylając się dojrzał w środku kręgu siedzącego na ławce profesora Szakalickiego. Pierwsze skojarzenie – krasnal. Długa czarna broda, lekka nadwaga, łysina na środku głowy i niewielki wzrost. Wszystko to sprawiło iż Kuba zaczął się zastanawiać czy przypadkiem jego nowy wychowawca nie był pierwowzorem Rumcajsa. Nauczyciel trzymał na kolanach listę obecności i wyczytywał poszczególne nazwiska osób w ten sposób przydzielając je do odpowiedniego autokaru.
Szmidt – przeczytał Szakalicki.
„No tak, szkoła im. Goethego, wiadomo jacyś niemcy muszą być” - przemknęło naszemu bohaterowi po głowie
Tłustochowicz – zagrzmiało
„Dobra teraz ja” - wziął torbę i poszedł do wyznaczonego autokaru. Załadował bagaż do luku i usiadł na pierwszym lepszym miejscu. Chciał dokonać drobnego rozpoznania ludzi, ale nie starczyło mu czasu. Z siedzenia przed nim wystrzeliła w jego kierunku czyjaś dłoń.
Cześć, jestem Bohdan, przez H
Czołem, Kuba, przez jakie H?
No przez H w środku.
Aha – powiedział tak aby jego wypowiedź była jak najbardziej przekonująca
Klasa B?
Tak.
No to będziemy chodzić razem do klasy bite trzy lata.
Na to wychodzi. Znasz tu kogoś?
Tak parę osób. Mam jednego kumpla w klasie równoległej, a z naszej klasy znam Dominikę, na pewno ją poznasz nie da się jej nie zauważyć.
Fajnie. Czyli co? Teraz czekamy na naszych współpasażerów bo widze, że ty też masz wolną miejscówkę koło siebie.
Taa, zobaczymy kto doczłapie do nas.
Nagle obok nich stanął chłopak. Szczupły i w miarę wysoki. Na sobie miał bluzę, jakieś jeansy oraz okulary jak w Matrixie. Cały wizerunek dopełniał kolor włosów tzw „jajecznica”.
„Ja pierdole” - przemknęło Kubie, „proszę tylko nie ze mną...”
Cześć jestem Bartek, mogę sie dosiąść?
Jasne – wycedził Kuba
Widziałem dużo fajnych lasek w autokarze jest w czym wybierać. Jedna nawet dość długo patrzyła się w moim kierunku. Chyba na mnie leci.
„O Bogowie za co?” - Kuba nie lubił tego typu ludzi. Jak można po jednej minucie stwierdzić czy ktoś na kogoś leci? Jak można zrobić sobie coś takiego na głowie? „Aaa, idę się powiesić” - przemknęło mu.
Ciesze sie – odpowiedział zdawkowo. - Jestem Kuba.
A ja Bohdan, jak Chmielnicki – dodał wcześniej poznany kolega
W tym momencie marzenia naszego bohatera o normalnej klasie zaczęły odpływać coraz dalej. Uczono go, że nie należy oceniać człowieka po pozorach ( jak zresztą dowiecie się na dalszych kartkach książki, obaj nowo poznani koledzy okazali się fajni), jednak teraz zaczęło go ogarniać zwątpienie. Modlił się aby autokar ruszył jak najszybciej a on sam mógł poznać pozostałą część klasy. Autokar powolutku zmierzał w kierunku Ustki – ich miejsca integracji.
niedziela, 21 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

3 komentarze:
Hehe, swietne, ja to podobnie pamietam, choc troche mniej barwnie :) Szkoda, ze w tamta strone bylismy w innych autokarach, u nas cala droge byl spokoj :) Dlatego tez caly cyrk zaczal sie dopiero na obozie... Kuba, dopisz reszte, swietnie sie ubawilem, czytajac to..
Maciek
Ech ten namiot pierwszego dnia pielgrzymki. Tak było...
W. Koksownik
Zabawne, ze tylu z nas bylo zalamanych pierwszym kontaktem ;). Ale Szakala polubilem od razu! ;)
Zachecam Autora do kontynuacji opowiesci :).
Kozioł
Do komentarza Maćka z 21 XII:
Jezeli owym Mackiem jest Soltys, to chcialem przypomniec, ze dojechales do nas pociagiem z wyprawy po baltyku, wiec nie wiem o jakim autokarze mowisz! :P
Prześlij komentarz