piątek, 25 grudnia 2009
Emigracja...
piątek, 25 grudnia 2009
38 godzin na lotnisku, skrócony pobyt o dwa dni w Polsce. Długo można opowiadać o tym co się działu w Memmingen ale chyba nie warto. Najważniejsze, że wylądowałem w poniedziałek w Katowicach i Święta mogę spędzać w domu. Pytania, które sobie stawiałem przed wyjazdem, znajdują odpowiedzi z dnia na dzień praktycznie bez żadnej mojej ingerencji. Przed wylotem zastanawiałem się jak tu wszyscy żyją, co się zmieniło, czy moja nieobecność zmieniła cokolwiek, czy mówiąc kolokwialnie Warszawa odczuła mój wyjazd. Ale tu wszystko biegnie swoimi torami, beze mnie. Nie jestem przecież niezastąpioną cząstką tego świata, wiem to ale czasem na własne oczy trzeba się o tym przekonać. Na razie zostaje w Bambergu do sierpnia. Czy coś jest w stanie zmusić mnie do powrotu? Nie, na pewno nie. Nic mnie tu nie trzyma. Warszawiakiem będę na pewno zawsze w sercu, niezależnie od miejsca zamieszkania.
piątek, 18 grudnia 2009
niedziela, 13 grudnia 2009
nie noszę w sobie jutra...
niedziela, 13 grudnia 2009
Zaczęły się powroty. Dziś wyjechała Kaśka z rodzicami, pozostawiając mi trochę żarcia przywiezionego z Polski. Większą część tego jedzenia zdążyliśmy już w piątek wciągnąć na wspólnym "polskim wieczorze". Kabanosy, mielone, ciacho - wszyscy poczuli, że trochę im tęskno za krajem. W tym tygodniu akademiki będą się już powoli wyludniać. Pestheim, CO, Obere, Hornhall - Erasmusi jadą do domu. Aż boję się myśleć jak tu będzie pusto w piątek wieczorem. Ja w sobotę z rana zabieram się Monią w podróż świąteczną do domu i chyba wśród Polaków to jeden z późniejszych terminów. Ten tydzień będzie stał (tak jak ubiegły) pod znakiem spotkań, żegnania się, składania sobie życzeń, picia gluhweina itp, itd. Wczoraj było ostatnie Vodkas Night na którym zjawiły się tłumy luda, uzależnione od picia tego trunku. "Team Finland" i "French People" dali jak zwykle czadu :)A dzisiaj rano zbiórka na sprzątanie :D Co do wizyty Czesława, to była krótka acz intensywna. 5 dni w tym tygodniu mogłoby mnie spokojnie zabić. Świąder został oczywiście królem parkietu i śmiem twierdzić, że gdyby jego pobyt trwał trochę dłużej Bamberg miałby nową gwiazdę. Fajnie, że wpadł, bo wreszcie jakąś nową znajomą mordę po 3 miesiącach widziałem. Ma na IG pozdrowienia wam wszystkim przekazać.
czwartek, 10 grudnia 2009
jesteś bardziej pierdolnięty niż lato z radiem...
czwartek, 10 grudnia 2009
Czesiek przyjechał i od razu wózek na zakupy ląduje u mnie w pokoju. W sumie dobrze, że przybył (nie wózek, Maciek), bo to pierwsza nowa znajoma morda, którą widzę od 3 miesięcy. Oczywiście na każdym kroku nasłuchuje Niemców i stara się ich zrozumieć. Ja już dawno ich nie słucham, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia. Zostało półtora tygodnia i wracam na Święta. 10 dni w domu, 10 dni na ogarnięcie wszystkiego, 10 dni na spotkania i opowieści. Wcześniej muszę ocenzurować zdjęcia, bo chyba nie wszystkie nadają się do oficjalnego portfolio studenta Erasmusa :)
poniedziałek, 30 listopada 2009
Once upon a time I could lose myself...
poniedziałek, 30 listopada 2009
Decyzje podjęte. Zostaje na II semestr. W związku z tym zaczynam rozsyłanie CV bo nie mam zamiaru przez następne 9 miesięcy być tutaj darmozjadem. Przy odrobinie wysiłku ze znalezieniem jakiejś porządnej roboty nie powinno być kłopotu. Kurde tak myślałem od początku, że tak to się skończy. Jak się wyjeżdża na pół roku to czemu od razu nie zostać na rok. Z resztą tutaj czas tak szybko płynie, że ani się obejrzę a będzie sierpień. Raz się żyje, będę miał przynajmniej co wnukom opowiadać jak się ich kiedyś doczekam... Aha, nawiązałem współpracę (szumnie powiedziane) z www.wielkapolonia.pl Raz na tydzień można się tam spodziewać moich małych felietoników.
piątek, 27 listopada 2009
Cos all of the stars are fading away, just try not to worry you'll see them some day :)
piątek, 27 listopada 2009
Hmm już długo nie pisałem, a nie pisałem z tej oto przyczyny że nie potrafię ani słowami ani myślowo ogarnąć tego wszystkiego co się tutaj dzieje. Każdy dzień przynosi jakieś niespodzianki i wszelakie kolory życia w nieograniczonej ilości odcieni. Ilość wrażeń i doświadczeń jakie zebrałem tu przez 2,5 miesiąca sprawia że mój umysł pracuje szybciej niż gdybym był naćpany. Eee tam już nic nie piszę, zostawię tylko ładny music :)
czwartek, 12 listopada 2009
biało czerwona w górę się pnie...
czwartek, 12 listopada 2009
Wczorajsze Święto Niepodległości było dla mnie wyjątkowe. To pierwszy 11 listopada spędzony przeze mnie poza granicami naszego kraju. Zapewne gdybym był w Warszawie przespałbym cały dzień co mam w zwyczaju robić gdy nadarza się ku temu odpowiednia okazja. Tutaj było inaczej. Po pierwsze trzeba było iść na zajęcia, po drugie jakoś dziwnie się czułem bez flag powywieszanych naokoło, po trzecie i może najważniejsze trzeba było większości tłumaczyć o co chodzi w tym polskim święcie. W każdym razie wszystko jakoś tak na opak. Cały dzień pod górkę, nawet przy zakupie alkoholu mnie o dowód poprosili :) Ale za to potem moje trudy zostały wynagrodzone, typowo polski wieczór: wódeczka i disco polo :)Brat byłbyś ze mnie dumny :D Sami Polacy i Michelle z USA, której specjalnie z tej okazji puściłem fragment "Independence Day" :D Impreza chyba się udała, bo niektórzy mają foty na balkonie, którego tak naprawdę nie ma, bo to tylko drzwi balkonowe z parapetem. Jednak co wybitniejsze jednostki jakoś się tam zmieściły. Jak? To pytanie już nie do mnie...
P.S Morgen "Berlin, Berlin wir fahren nach Berlin" :D
P.S Morgen "Berlin, Berlin wir fahren nach Berlin" :D
piątek, 30 października 2009
39 i pół...
piątek, 30 października 2009
Zdarzają się takie zdania wypowiedziane przez drugą osobę, które zapamiętuje się na całe życie. "Kruszyn te 3 lata miną zanim się obejrzysz" - powiedziała swego czasu moja kumpela w L.O No i proszę gdzie teraz jestem, co teraz robię, ile się od tamtego czasu zmieniło. I to chyba tak naprawdę jest, że wszystko tak leci, żeby nie użyć słowa zapierdala, że człowiek budzi się pewnego dnia z siwymi włosami i ma już bliżej niż dalej. Pół roku temu strasznie się tym przejmowałem, że nie mogę tego wszystkiego zatrzymać i wcisnąć przycisku "pause". Teraz już nie. Skoro i tak nie jestem wstanie tego zmienić to najważniejsze jest to, kiedy przyjdzie ten pierwszy siwy włos za lat 20, żebym nie żałował że czegoś nie zrobiłem. Mogę się uczyć na błędach i robić rzeczy, które z perspektywy czasu na pewno okażą się głupie (nie oznacza to że mam robić coś, co już dzisiaj ma znamiona debilizmu). Nie mogę natomiast odkładać rzeczy na później, bo kiedyś to później się skończy. I tu pozwolę sobie zacytować Marka Twain w oryginale: "Twenty years from now you will be more disappointed by the things you didn't do than by the ones you did do. So throw off the bowlines. Sail away from the safe harbor. Catch the trade winds in your sails. Explore. Dream. Discover." I tego sobie i Wam życzę.
poniedziałek, 26 października 2009
lose yourself...
poniedziałek, 26 października 2009
A więc trochę zmian na stronce się pojawiło. Nie jestem informatykiem więc nie są one jakieś szokujące. Po pierwsze zniknął kawałek z "Metra", który od dawna już nie działał, w zamian jest player po prawej, który jeśli kogoś denerwuje można po prostu wyłączyć. Odcienie bloga też jakby takie bardziej jasne, no bo i się pozmieniało trochę przez ostatni rok. Muzyka lecąca na dziś jest zadziwiająco pozytywna jak na środek jesieni, ale cóż tylko krowa nie zmienia poglądów. Po zatem żyje i nudzę się jak widać na załączonym obrazku :) Aha i złota myśl na dziś: "nie odzywaj się, im dłużej nie wiedzą, że jesteś idiotą tym lepiej dla Ciebie :D"
niedziela, 18 października 2009
here we go again all the way from the start...
niedziela, 18 października 2009
Metoda grubej kreski to chyba najmocniejsza forma porządkowania spraw w życiu jaką znam, co więcej forma jak najbardziej skuteczna. Jest ona dość radykalna dlatego zastosowałem ją dotychczas tylko raz, dawno, dawno temu. Teraz jest ten moment kiedy należy ją odkurzyć i potwierdzić jej niezawodność. Nie mogę być przywiązanym do osoby, która na każdym kroku Ci powtarza, że jest jej obojętne czy się kumplujecie czy nie. Nie potrafię polegać na kimś komu do szczęścia nie potrzebna jest druga osoba, i nie chodzi tu o ocenianie czyjejś postawy. Szanuje to, że ktoś prezentuje inną filozofię życiową, gorzej że ta filozofia kłóci się z moją. Ja też mam mnóstwo spraw na głowie, ale są dla mnie rzeczy nadrzędne, nie zmienię się. Nie wymagam też od innych, żeby się zmieniali. To nie przedszkole, siłą nie zmusisz nikogo do zmiany poglądów. Ludzie czasem do siebie nie pasują i to nie znaczy, że jedna strona ma rację, a druga nie. Po prostu tak jest i nie należy robić z tego tragedii. Dziwne, że tyle zajęło mi dojście do tego wniosku, dla mnie zbyt długo. Ale jak to się mówi lepiej, później niż wcale...
wtorek, 13 października 2009
I'm entitled to overcome...
wtorek, 13 października 2009
Normalnie powiedziałbym, że złota polska jesień, ale że w aktualnie w Polsce nie przebywam to powiem że ten niemiecki Herbst też niczego sobie. Tydzień wolnego po kursie przygotowawczym spędzam (i powiem to bez ogródek) na piciu. Codziennie wypady do innego pubu i delektowanie się innym rodzajem piwa. Wierzcie mi jest z czego wybierać. Na 70tyś miasteczko przypada tu 10 browarów i każdy ma kilka jak nie kilkanaście rodzajów piwa. Nie wiem czy mój organizm to wytrzyma :) Drogę z ZOB (centrum Bamberga) do Pestheimu (mój akademik) znam już na pamięć. Zazwyczaj pokonuję ją z buta, bo ostatni autobus o północy odjeżdża, a o północy to imprezka się dopiero rozkręca. To jest jakieś 40 minut szybkiego marszu, także bez tragedii. Odnoszę wrażenie, że jestem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jak sobie pomyślę jak niewiele zabrakło żeby mnie tu nie było to ciary mnie przechodzą. Aha, dla germanistów pozwolę sobie zacytować wiersz Hermanna Hesse, taka myśl przewodnia pobytu tutaj. Dostaliśmy go od naszych wykładowców na ostatnich zajęciach Vorbereitungskursu. Idealnie oddaje to co 140 Erazmusów tu robi...
Wie jede Blüte welkt und jede Jugend
Dem Alter weicht, blüht jede Lebensstufe,
Blüht jede Weisheit auch und jede Tugend
Zu ihrer Zeit und darf nicht ewig dauern.
Es muß das Herz bei jedem Lebensrufe
Bereit zum Abschied sein und Neubeginne,
Um sich in Tapferkeit und ohne Trauern
In andre, neue Bindungen zu geben.
Und jedem Anfang wohnt ein Zauber inne,
Der uns beschützt und der uns hilft, zu leben.
Wir sollen heiter Raum um Raum durchschreiten,
An keinem wie an einer Heimat hängen,
Der Weltgeist will nicht fesseln uns und engen,
Er will uns Stuf um Stufe heben, weiten.
Kaum sind wir heimisch einem Lebenskreise
Und traulich eingewohnt, so droht Erschlaffen,
Nur wer bereit zu Aufbruch ist und Reise,
Mag lähmender Gewöhnung sich entraffen.
Es wird vielleicht auch noch die Todesstunde
Uns neuen Räumen jung entgegen senden,
Des Lebens Ruf an uns wird niemals enden …
Wohlan denn, Herz, nimm Abschied und gesunde!
środa, 7 października 2009
odmierzam czas liści kolorami...
środa, 7 października 2009
Żyję i nie tęsknie. Może za niektórymi osobami trochę, ale za tym co zostawiłem za sobą na pewno nie. Łapie się na tym, że to do mnie dzwonią a nie na odwrót, jeszcze nigdy tak nie było. Muszę się przyzwyczaić do tego, że czas płynie tu bardzo wolno. Wszyscy robią wszystko jakby na zwolnionych obrotach. Nikt się nigdzie nie spieszy, nikt nikogo nie pogania. Ot, tak po prostu się żyje. Nie załatwiłeś czegoś? Spokojnie zrobisz to jutro albo pojutrze. Uciekł Ci autobus? Poczekasz na następny albo pójdziesz z buta, tutaj to naprawdę niewielka różnica. Jedyne jednostki wyróżniające się z tłumu, jakieś takie hałaśliwe i niedopasowane do otoczenia, to Erazmusi. Jakby trzeba było jeszcze kilku lat żebyśmy posiedli wiedzę, że nie ma co się spieszyć...
niedziela, 27 września 2009
Archipelagi urodzajnych dni...
niedziela, 27 września 2009
Myślałem, że pojadę do Monachium i rozpoznam choć trochę to miasto ale nic z tego. Po pierwsze czas robi swoje, po drugie mając 4 lata niewiele się pamięta. Jedyny budynek, którego nie zapomnę do końca życia to pinakoteka. Trauma z dzieciństwa powróciła :) KMTW. Co do samego miasta to Alianz Arena zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Z zewnątrz wygląda na większą niż faktycznie jest, tworzy się małe złudzenie optyczne, wewnątrz jest dość kameralnie. Obejrzałem sobie szatnie Bayernu, korytarz którym piłkarze wychodzą na boisko, sale odnowy biologicznej itp, itd. Na tym stadionie gra jednocześnie TSV 1860 i Bayern z tymże Bayern jest jedynym właścicielem stadionu. TSV odsprzedał swoje ze względu na problemy finansowe. Wrzucę jakieś zdjęcia jak zgram od Adama. Jeśli chodzi o Oktoberfest to nie zrobił na mnie jakiegoś większego wrażenia. Mnóstwo nawalonych Niemców i jeszcze bardziej narąbanych turystów. Takie trochę Pola Mokotowskie w weekend :) Piwo jak to piwo, jak zwykle dobre. Dzisiaj jest dzień siedzenia w domu. Odespania całego tygodnia, posprzątania, sprawdzenie stanu finansowego czyli generalnego ogarnięcia się przed kolejnym tygodniem.
czwartek, 24 września 2009
hallo, ich bin ein Erasmus Student...
czwartek, 24 września 2009
Jakimś cudem udało mi się zu immartikulieren i dziś, choć nie powinienem, odebrałem legitymację studenta :)Po pierwsze przelałem kasę na zły nr konta, po drugie mój EKUZ nie jest do końca taki jak być powinien :) Niemcy obsługują tylu Erasmusów, że nie patrzą już chyba na te dokumenty w ogóle. Na szczęście Sparkassa myśli za mnie i już zdążyłem swój błąd naprawić :)Co do niemieckiego, to tu niespodzianka, trafiliśmy (jak większość Polaków) do grupy F czyli najwyższej. Mamy u siebie Węgrów, Amerykanów, Finkę, Francuzkę, Belgijkę i Rumunkę, także jest w miarę międzynarodowo. Zajęcia na razie luźne gadamy o tym i owym a z opowieści wiemy, że pozostałe grupy trochę się jednak uczą :P W sobotę wypad na Oktoberfest do Monachium więc odwiedzę stare śmieci. No a dziś znów chlejemy browar... (oczywiście wszystko w ramach oficjalnych spotkań integracyjnych, serio serio :))
poniedziałek, 21 września 2009
I'm back...
poniedziałek, 21 września 2009
Oj to tylko 4 dni w Bambergu ale mnóstwo opowiadania, a więc od początku. Pokój w akademiku super (załączam zdjęcia). Lodóweczka, własna łazienka, kuchnia, balkonik, domofon, własna skrzynka pocztowa - jednym słowem super. Dzisiaj podłączyli mi neta także już jestem online. Mieszkam na 6 piętrze z widokiem na Altenburg i to jest naprawdę fajne, bo niektórzy mają z widokiem na śmietnik :) Co do ludzi, ja mieszkam w bloku C, Dominika z Adamem (nowo poznany kumpel z Zarządzania, również z Warszawy)w bloku A, dużo ludzi z Poznania w bloku D. Generalnie jest to jedno wielkie studenckie osiedle więc problemów ze spotkaniami nie ma. Magda z Michaliną jakieś 10 min drogi od nas w Collegium Oecumenicum. Erasmusów pozwolę sobie podzielić na 3 grupy:
1. Gadający najlepiej po niemiecku lub angielsku: bez skromności powiem, że to My Polacy, Amerykanie,Czesi, Słowacy, Węgrzy, część Francuzów (przede wszystkim Francuzki :), Belgijki
2. Komunikatywni do pogadania: Francuzi, Włosi, Rosjanie, Grecy, Bułgarzy.
3. Przypadki beznadziejne: Azjaci i Hiszpanie - nie dogadasz się nawet w Suahili.
Oczywiście są indywidualne przypadki lepiej lub gorzej mówiące ale ogólnie tak to wygląda. Z Dominiką wymyśliliśmy, że porozumiewamy się tu Erasmus Deutsch, bo normalny niemiecki to tylko w wyżej wymienionej pierwszej grupie funkcjonuje :)
Zdążyliśmy już z buta dwa razy robić drogę Akademik - Stare Miasto. To jest jakieś 40 minut szybkiego chodu. Raz nie mieliśmy autobusu, raz wracaliśmy z imprezki integracyjnej w sobotę :)Wszędzie można dojechać rowerem, oczywiście jak się posiada. Miasto super, ludzie super, w szczególe i ogóle super. Dzisiaj pisaliśmy testy poziomujące z niemieckiego i wierzcie mi że testy u Kosackiej to mały pikuś, w zasadzie Pan Pikuś. Z ciekawych rzeczy to jakieś 100 metrów ode mnie jest amerykańska baza wojskowa. Zawsze o 6:30 budzi mnie ich pobudka, a dziś rano nawet widziałem jak sobie biegali w koszulkach US Navy :) Wiem, że trochę to wszystko chaotyczne ale tu się tyle dzieje, że ciężko to ogarnąć :D Pozdrawiam i załączam trochę fotek. JEST SUPER!













1. Gadający najlepiej po niemiecku lub angielsku: bez skromności powiem, że to My Polacy, Amerykanie,Czesi, Słowacy, Węgrzy, część Francuzów (przede wszystkim Francuzki :), Belgijki
2. Komunikatywni do pogadania: Francuzi, Włosi, Rosjanie, Grecy, Bułgarzy.
3. Przypadki beznadziejne: Azjaci i Hiszpanie - nie dogadasz się nawet w Suahili.
Oczywiście są indywidualne przypadki lepiej lub gorzej mówiące ale ogólnie tak to wygląda. Z Dominiką wymyśliliśmy, że porozumiewamy się tu Erasmus Deutsch, bo normalny niemiecki to tylko w wyżej wymienionej pierwszej grupie funkcjonuje :)
Zdążyliśmy już z buta dwa razy robić drogę Akademik - Stare Miasto. To jest jakieś 40 minut szybkiego chodu. Raz nie mieliśmy autobusu, raz wracaliśmy z imprezki integracyjnej w sobotę :)Wszędzie można dojechać rowerem, oczywiście jak się posiada. Miasto super, ludzie super, w szczególe i ogóle super. Dzisiaj pisaliśmy testy poziomujące z niemieckiego i wierzcie mi że testy u Kosackiej to mały pikuś, w zasadzie Pan Pikuś. Z ciekawych rzeczy to jakieś 100 metrów ode mnie jest amerykańska baza wojskowa. Zawsze o 6:30 budzi mnie ich pobudka, a dziś rano nawet widziałem jak sobie biegali w koszulkach US Navy :) Wiem, że trochę to wszystko chaotyczne ale tu się tyle dzieje, że ciężko to ogarnąć :D Pozdrawiam i załączam trochę fotek. JEST SUPER!
wtorek, 15 września 2009
show must go on...
wtorek, 15 września 2009
Dziś na totalnym kacu (możliwe nawet, że to jeszcze nie był kac a faktyczny stan upojenia) pojechałem odebrać ostatni wpis. Po zdaniu PNu nawet się nie zastanawiałem czy zaliczę następne egzaminy, po prostu wiedziałem, że tak będzie. I tak oto, jak gdyby przez cały rok nic się nie wydarzyło, złożyłem indeks w sekretariacie, ze wszystkimi zaliczonymi przedmiotami, bez żadnych warunków, ot tak po prostu...
Co do imprezki to było zajebiaszczo. Brajdak jak zwykle mnie schlał, ale chyba muszę się zacząć do tego przyzwyczajać. Mistrzem imprezy został Zdzich, który wyszedł ode mnie dziś o 16 :) Zdążyłem załatwić wszystko na uczelni i wrócić a Zdzichu trzeźwiał w tym czasie u mnie na chacie. Wiem, wiem to tylko delirka :)Ponadto chciałbym nadmienić, że jeżeli chodzi o możliwości Reckiego co do chlania to ja wymiękam. No i te rozmowy o 3 nad ranem przy ostatniej nie rozpitej flaszce. Dziękuję Wszystkim, którzy się stawili, będzie mi Was brakować, już mi brakuje. Wyjeżdżam w czwartek...
Co do imprezki to było zajebiaszczo. Brajdak jak zwykle mnie schlał, ale chyba muszę się zacząć do tego przyzwyczajać. Mistrzem imprezy został Zdzich, który wyszedł ode mnie dziś o 16 :) Zdążyłem załatwić wszystko na uczelni i wrócić a Zdzichu trzeźwiał w tym czasie u mnie na chacie. Wiem, wiem to tylko delirka :)Ponadto chciałbym nadmienić, że jeżeli chodzi o możliwości Reckiego co do chlania to ja wymiękam. No i te rozmowy o 3 nad ranem przy ostatniej nie rozpitej flaszce. Dziękuję Wszystkim, którzy się stawili, będzie mi Was brakować, już mi brakuje. Wyjeżdżam w czwartek...
niedziela, 6 września 2009
piątek, 4 września 2009
das ist Ihr Verdienst...
piątek, 4 września 2009
Najbardziej hardcorowy tydzień w moim życiu, ale po kolei :) Poniedziałek gramatyka praktyczna zaliczona, wtorek Klausura zaliczona, dziś ustny ZALICZONY!!! Ni mniej ni więcej oznacza to, że jadę na Erasmusa! Co prawda jeszcze w przyszły piątek egzamin z literatury, który zamierzam zdać ale nawet jeśli się nie uda to i tak wyjeżdżam do Reichu. Dziękuję wszystkim, którzy w odpowiednim momencie kopnęli mnie w dupe i zmobilizowali. Coś co dwa miesiące temu wydawało się być nierealne dziś stało się faktem - jestem studentem IV roku. Kałabanga i do przodu!
środa, 26 sierpnia 2009
the eye of the tiger...
środa, 26 sierpnia 2009
Dużymi krokami zbliża się przyszły tydzień kiedy wszystko się wyjaśni. Od półtora tygodnia ryje jak głupi, ale przynajmniej w poniedziałek nie będę miał sobie nic do zarzucenia. Dopiero podczas nauki odkryłem poziom mojego opierdalania się, bo niektóre kserówki pierwszy raz na oczy widziałem. Czy umiem wszystko? Na to pytanie nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć. Gramatykę praktyczną przerobiłem całą i powtórzyłem 2 razy, do Klausury zaryłem mnóstwo zwrotów, które mogą okazać się przydatne. Ustny? Tutaj jest kłopot bo muszę opanować nerwa, spiąć się w sobie i liczyć na to że w ciągu pół godziny skoncentruje całą umiejętność "sprechania" jaką posiadam. Na 4 dni przed godziną "0" zostało mi już tylko szlifowanie całości. Normalnie to ja na 4 dni przed egzaminem pytam z czego on jest i czy ktoś ma notatki do podrzucenia? Zaryzykuję stwierdzenie, że nie jest źle.
W międzyczasie pojawiłem się ostatni raz w pracy. Dziękuję Wszystkim za 3 lata współpracy, trzymajcie się ciepło. Na razie jeszcze 2 miechy jestem na urlopie, ale bezrobocie zbliża się nieuchronnie...
W międzyczasie pojawiłem się ostatni raz w pracy. Dziękuję Wszystkim za 3 lata współpracy, trzymajcie się ciepło. Na razie jeszcze 2 miechy jestem na urlopie, ale bezrobocie zbliża się nieuchronnie...
wtorek, 18 sierpnia 2009
Jeeeest! Nie chce Hanka to da kto inny :)
wtorek, 18 sierpnia 2009
Zarząd m.st. Warszawy debatował dziś nad projektem modernizacji stadionu Polonii przygotowanym przez krakowską firmę Azbud, nowego właściciela klubu koszykarskiego. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zadecydowała, że rozmowy z inwestorem będą kontynuowane. Koncepcję kompleksu sportowego przy Konwiktorskiej przedstawił władzom miasta główny projektant Mark Boretti z mającej siedzibę w Los Angeles pracowni 4see Architecture. Projekt zakłada budowę stadionu klasy Elite o pojemności 30 tysięcy widzów oraz hali do koszykówki o pojemności 5 tysięcy widzów wraz z zapleczem hotelowo-usługowym i spa. Pod ziemią przewidziane są parkingi dla ponad 2,5 tysiąca samochodów.Cały kompleks stanowił będzie jedną bryłę ze wspólną elewacją i zadaszeniem. Nad stadionem przewidziany jest otwierany dach, aby obiekt mógł być wykorzystywany także jako hala widowiskowa. Nad głównym atrium (z fontanną) i uliczką pomiędzy stadionem a halą przewidziane jest przekrycie przezroczyste.Środki na realizację inwestycji, szacowane na blisko 1 mld złotych, wyłożyć ma prywatny inwestor w zamian za prawo do wieloletniej dzierżawy terenu.Przed końcem miesiąca inwestor planuje uruchomienie strony internetowej poświęconej projektowi, na której obejrzeć można będzie m.in. animowany film prezentujący wizję kompleksu.Więcej na temat projektu w środowej "Gazecie Wyborczej Stołecznej".
źródło: własne. Fot. 4see Architecture.
piątek, 7 sierpnia 2009
najlepsi z najlepszych
piątek, 7 sierpnia 2009
Filmik nie jest moją własnością i nie ja go tworzyłem. Nie roszczę sobie żadnych praw autorskich. Powiem jedno - jest zajebisty. Konkretny film co Robert?
środa, 5 sierpnia 2009
trzydzieste piętro, biurowców szklanych drzwi...
środa, 5 sierpnia 2009
Czasem mimo tego, że bardzo chcemy trudno jest oddzielić sprawy prywatne od zawodowych. Mimo, że zakładamy sobie, że pewne konflikty dotyczą tylko określonego obszaru naszego życia to tak naprawdę czy tego chcemy czy nie, mają one wpływ na całą naszą postawę wobec danej osoby. Wychodząc z pracy nie zostawiamy wszystkiego w biurowcu i nie zmieniamy diametralnie nastawienia względem współpracowników. Ja mam dziś na pewno pretensje sam do siebie, że trochę mnie poniosło, że nie zagryzłem zębów i nie przetrzymałem jeszcze tygodnia. Każda strona ma swoje rację ale żadna nie przekona drugiej. Jakbym trochę pomyślał można było to przewidzieć. Tak pozostaje niesmak i swego rodzaju kac moralny. Miejmy jednak nadzieję, że co nas nie zabije to nas wzmocni, i tego sobie i jej życzę.
sobota, 1 sierpnia 2009
Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój, Za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew...
sobota, 1 sierpnia 2009
niedziela, 19 lipca 2009
patrzysz niby wprost, jednak obok gdzieś...
niedziela, 19 lipca 2009
Miałem już ułożone w głowie co chcę napisać, ale doszedłem do wniosku że nie oddam tego co bym oddać chciał. Pierdolone deja vu...
poniedziałek, 13 lipca 2009
oooo, eeee Lady Gaga...
poniedziałek, 13 lipca 2009
Skoro piszę tzn. że przeżyłem. Myślę, że w słowach nie da się ująć jak fajnie było. Ktoś kto ceni urlop za granicą bardziej niż w Polsce nie wie o czym mówi. Mazurskie klimaty spodobały mi się niesamowicie a i żeglowanie to zajęcie niczego sobie. Co prawda cały czas obracam się wśród komend „szarą linkę pociągnij” ale nikt nie mówił że od razu będę Captain Jack Sparrow. Pogoda dopisała, wietrzyk powiewał więc dane mi było poczuć przechyły, przy czym w trakcie każdego pytałem Maćka czy to aby na pewno bezpieczne. Marlena też dała radę. Jako dwa szczury lądowe zajmowaliśmy się generalnie zmywaniem i ratowaniem dobytku w kajucie podczas burzy.Podział obowiązków jak najbardziej sprawiedliwy, chłopaki mokną w trakcie deszczu, my ratujemy ciuchy pod pokładem J Żeby nie było raz sterowałem bo Ridge z Piotrkiem już zamarzali więc mnie sumienie ruszyło. Po zatem spotkaliśmy w Giżycku Klaudie i co nieco pogadawszy o starych czasach (oczywiście statek piracki na obozie integracyjnym został mi wypomniany). Starzejemy się nie ma co…
Ze spraw aktualnych, kończę pisać pracę do Kopackiego, lektur na egzamin z literatury też już niewiele zostało. Wychodzi na to że na razie idealnie trzymam się rozpiski i za tydzień powinienem rozpocząć akcję pod kryptonimem „PN” Żebym ja się wcześniej tak uczył jak teraz :P
Ze spraw aktualnych, kończę pisać pracę do Kopackiego, lektur na egzamin z literatury też już niewiele zostało. Wychodzi na to że na razie idealnie trzymam się rozpiski i za tydzień powinienem rozpocząć akcję pod kryptonimem „PN” Żebym ja się wcześniej tak uczył jak teraz :P
niedziela, 5 lipca 2009
żegnajcie nam więc hiszpańskie dziewczyny...
niedziela, 5 lipca 2009
Korci mnie żeby się odezwać ale obiecałem sobie parę rzeczy i pewnych postanowień staram się trzymać. Najważniejszy jest czas... Jutro a właściwie dziś wypad na Mazury.
Ridge z Piotrkiem i Marleną zabierają mnie na łajbę. Uprzedziłem ich że moje doświadczenia z żaglami są znikome a właściwie to żadne ale jakoś się nie wystraszyli. Może również wpadniemy na Klaudie i wypijemy jakieś piwko. Takie nasze małe reunion. Książkami do Kopackiego już wymiotuje ale 9 mam za sobą co oznacza, że zostało mi tylko 8. Czas spać. Dobranoc.
P.S Mam nadzieję, że się nie utopie...
Ridge z Piotrkiem i Marleną zabierają mnie na łajbę. Uprzedziłem ich że moje doświadczenia z żaglami są znikome a właściwie to żadne ale jakoś się nie wystraszyli. Może również wpadniemy na Klaudie i wypijemy jakieś piwko. Takie nasze małe reunion. Książkami do Kopackiego już wymiotuje ale 9 mam za sobą co oznacza, że zostało mi tylko 8. Czas spać. Dobranoc.
P.S Mam nadzieję, że się nie utopie...
środa, 24 czerwca 2009
rdzennie polskie miasto Danzig...
środa, 24 czerwca 2009

Niesamowity koncert. Coma symfonicznie na Targu Węglowym w Gdańsku. Nie będę się rozpisywał co do aranżacji utworów, gdyż niedługo sami będziecie mieli je okazję ocenić albowiem istnieją plany wydawnicze dotyczące owegoż wydarzenia. "System" z orkiestrą wypadł zajebiście, inne kawałki też niewiele gorzej. Powoli tradycją stają się dla mnie wypady do Gdańska w trakcie których nie jest mi dane nawet obejrzeć morza :) Tym razem również wszystko odbyło się bardzo sprawnie. Dziękuje PKP za włączenie ogrzewania w wagonie sypialnym na maxa, sauna jak się patrzy. W Indiach tak duszno nie było jak w przedziale. Jednym słowem cały wyjazd na plus, temperatura nawet na za duży plus.
P.S Niemcy wysłali mi list zapraszający na studia, teraz muszę się tylko zastanowić czy przyjmuję to zaproszenie :P
środa, 10 czerwca 2009
kampania wrześniowa
środa, 10 czerwca 2009
Moja sesja przeniosła się na wrzesień. Przeniosła się tzn, trochę jej w tym pomogłem. Teraz mam 3 miesiące na ogarnięcie wszystkich tematów i pozbieranie swojej edukacji do kupy. Jeszcze 2 tygodnie temu wydawało mi się to niewykonalne no ale teraz jeśli Bóg da, a partia pozwoli może się uda. Jednocześnie wypadałoby się zacząć powoli do Erasmusa przygotowywać. Podania, wpłaty, formalności - na razie odganiam to od siebie jak niemiły zapach. Jednocześnie wszystkim, którzy podjęli rękawicę w czerwcu, życzę udanej sesji. Mam nadzieję że na Was nie wpadnę we wrześniu :)
piątek, 29 maja 2009
maybe you can hire the A-Team...
piątek, 29 maja 2009
Kultowe, genialne, niezastąpione. Pewne seriale z dzieciństwa zawsze poprawiają humor. Nieważne że dziś są uznawane za obciachowe - kiedyś oglądało się je z wypiekami na mordzie.
Drużyna A.
Żadne słowa nie wyrażą uczuć, które wzbudza ten serial. Hannibal, Buźka, Murdock i B.A. Na podwórku każdy chciał być jednym z nich. Symbole męskości i nieograniczonych pomysłów. Po prostu klasyka, no i to intro, że pozwolę sobie zacytować "In 1972 a crack commando unit was sent to prison by a military court for a crime they didn't commit. These men promptly escaped from a maximum security stockade to the Los Angeles underground. Today still wanted by the government, they survive as soldiers of fortune. If you have a problem. If no one else can help, and if you can find them, maybe you can hire, The A Team"
Mc Gyver
Jeżeli A-Team to symbol nieograniczonych pomysłów to Mc Gyver jest worem bez dna. Helikopter z zapałek, fryzura na czeskiego piłkarza i ta nieograniczona wiedza ze wszystkich znanych dziedzin nauki. Zdzichu nie tylko Ty jesteś fanem tego serialu :)
Knight Rider
Monachium 1991 rok. Pierwszy niemiecki serial, który widzę na oczy. Niemiecki jak niemiecki, znaczy się lektor nawija po szwabsku a ja ni w ząb nic nie rozumiem. Wiem tylko jedno po ekranie popierdala czarny Pontiac prowadzony przez Davida Hasselhoffa. I ten cytat "Kid, ich brauche dich" :D
Słoneczny Patrol
Niedzielne popołudnia i TVP1. To była chyba pierwsza polska telewizja, która pokazywała Baywatch. Produkcja generalnie bez fabuły ale jak widać w Stanach wystarczy goła klata Hasselhoffa i piękne ratowniczki wkoło, które z resztą co roku wymienianie były na młodsze. Przez serial przewinęły się między innymi Erica Eleniak, Pamela Anderson i Carmen Electra. I po co fabuła...?
Dzień za dniem
Serial, który myślę każdego oglądającego uczulił na problemy ludzi z zespołem Downa. Obla di, obla da Liverpoolczyków w tle i uśmiechnięty Corky Tacher, postać która bez dwóch zdań wpisała się w kulturę masową. Maciek z Klanu to postać nie tego kalibru.
Drużyna A.
Żadne słowa nie wyrażą uczuć, które wzbudza ten serial. Hannibal, Buźka, Murdock i B.A. Na podwórku każdy chciał być jednym z nich. Symbole męskości i nieograniczonych pomysłów. Po prostu klasyka, no i to intro, że pozwolę sobie zacytować "In 1972 a crack commando unit was sent to prison by a military court for a crime they didn't commit. These men promptly escaped from a maximum security stockade to the Los Angeles underground. Today still wanted by the government, they survive as soldiers of fortune. If you have a problem. If no one else can help, and if you can find them, maybe you can hire, The A Team"
Mc Gyver
Jeżeli A-Team to symbol nieograniczonych pomysłów to Mc Gyver jest worem bez dna. Helikopter z zapałek, fryzura na czeskiego piłkarza i ta nieograniczona wiedza ze wszystkich znanych dziedzin nauki. Zdzichu nie tylko Ty jesteś fanem tego serialu :)
Knight Rider
Monachium 1991 rok. Pierwszy niemiecki serial, który widzę na oczy. Niemiecki jak niemiecki, znaczy się lektor nawija po szwabsku a ja ni w ząb nic nie rozumiem. Wiem tylko jedno po ekranie popierdala czarny Pontiac prowadzony przez Davida Hasselhoffa. I ten cytat "Kid, ich brauche dich" :D
Słoneczny Patrol
Niedzielne popołudnia i TVP1. To była chyba pierwsza polska telewizja, która pokazywała Baywatch. Produkcja generalnie bez fabuły ale jak widać w Stanach wystarczy goła klata Hasselhoffa i piękne ratowniczki wkoło, które z resztą co roku wymienianie były na młodsze. Przez serial przewinęły się między innymi Erica Eleniak, Pamela Anderson i Carmen Electra. I po co fabuła...?
Dzień za dniem
Serial, który myślę każdego oglądającego uczulił na problemy ludzi z zespołem Downa. Obla di, obla da Liverpoolczyków w tle i uśmiechnięty Corky Tacher, postać która bez dwóch zdań wpisała się w kulturę masową. Maciek z Klanu to postać nie tego kalibru.
niedziela, 24 maja 2009
nie pytaj bo się pogubisz...
niedziela, 24 maja 2009
Maj 2006
Szukam pracy na wakacje. Dopiero co zdałem maturę i perspektywa 4 miesięcy bez żadnej kasy nie należy do najciekawszych. Zajęcie ma być dorywcze, w międzyczasie chce załatwiać sprawy związane z moimi studiami. Uderzam po najmniejszej linii oporu czyli tam gdzie już pracuje moja siostra, co prawda w zupełnie innym dziale ale grunt już wybadany. Krótka rozmowa kwalifikacyjna a raczej jej namiastka i wchodzę na call center. Siadam uczyć się od Roberta, na przeciwko nas siedzi Edyta. Za ścianą pracuje Kasia, uśmiechnięta i radosna, też robi na słuchawkach. Wszyscy są starsi ode mnie, jestem najmłodszy w całym dziale, gówniarz. Czuje się nieswojo, ale tylko do pierwszego papierosa z Edytą.
Maj 2009
Wesele Kasi i Mikołaja. Nie licząc rodziny, ze znajomych znów jestem najmłodszy, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Na prawo siedzi Edyta, po lewej Robert. 2 lata nie pracujemy już razem, ale w żaden sposób nie ma to wpływu na nasze kontakty. Moja kierowniczka wychodzi za mąż, nie inaczej, moja kumpela wychodzi za mąż.
Szukam pracy na wakacje. Dopiero co zdałem maturę i perspektywa 4 miesięcy bez żadnej kasy nie należy do najciekawszych. Zajęcie ma być dorywcze, w międzyczasie chce załatwiać sprawy związane z moimi studiami. Uderzam po najmniejszej linii oporu czyli tam gdzie już pracuje moja siostra, co prawda w zupełnie innym dziale ale grunt już wybadany. Krótka rozmowa kwalifikacyjna a raczej jej namiastka i wchodzę na call center. Siadam uczyć się od Roberta, na przeciwko nas siedzi Edyta. Za ścianą pracuje Kasia, uśmiechnięta i radosna, też robi na słuchawkach. Wszyscy są starsi ode mnie, jestem najmłodszy w całym dziale, gówniarz. Czuje się nieswojo, ale tylko do pierwszego papierosa z Edytą.
Maj 2009
Wesele Kasi i Mikołaja. Nie licząc rodziny, ze znajomych znów jestem najmłodszy, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Na prawo siedzi Edyta, po lewej Robert. 2 lata nie pracujemy już razem, ale w żaden sposób nie ma to wpływu na nasze kontakty. Moja kierowniczka wychodzi za mąż, nie inaczej, moja kumpela wychodzi za mąż.
wtorek, 19 maja 2009
Bilet do nieba...
wtorek, 19 maja 2009
Krawędzią dnia - na przekór własnym pragnieniom
Idę sam - by znaleźć ślad
Bez celów przyczyn ot tak
Z rąk wypada - kończy ostatni lot
Nasz bilet do nieba
Teraz tylko cichy szept
Tak - nie - kobieto - przecież wiesz
Ty wiesz - co naprawdę myślę
Ty wiesz - czujesz jak ja
Twój lęk pod powieką zgaśnie
Zły cień zniknie schowa się gdzieś
A strach pomieszany z czynem
Nie liczy się nic
Ty wiesz - ja tu wołam - krzyczę
Ty gdy gdzieś obok mnie
Zapadasz w ciszę
Wszechświat został za drzwiami
Tylko my...
Krawędzią dnia - na przekór zwykłym pragnieniom
Idę tak - chcę znaleźć ślad
Otwartych - nagich warg
Z rąk wypada - kończy samotny lot
Nasz bilet do nieba
Chyba nie wyjadę stąd - tak chcę
Zostanę - dobrze wiesz
Ty wiesz...
Tylko my...
Nie liczy się nic
Tylko my...
Idę sam - by znaleźć ślad
Bez celów przyczyn ot tak
Z rąk wypada - kończy ostatni lot
Nasz bilet do nieba
Teraz tylko cichy szept
Tak - nie - kobieto - przecież wiesz
Ty wiesz - co naprawdę myślę
Ty wiesz - czujesz jak ja
Twój lęk pod powieką zgaśnie
Zły cień zniknie schowa się gdzieś
A strach pomieszany z czynem
Nie liczy się nic
Ty wiesz - ja tu wołam - krzyczę
Ty gdy gdzieś obok mnie
Zapadasz w ciszę
Wszechświat został za drzwiami
Tylko my...
Krawędzią dnia - na przekór zwykłym pragnieniom
Idę tak - chcę znaleźć ślad
Otwartych - nagich warg
Z rąk wypada - kończy samotny lot
Nasz bilet do nieba
Chyba nie wyjadę stąd - tak chcę
Zostanę - dobrze wiesz
Ty wiesz...
Tylko my...
Nie liczy się nic
Tylko my...
poniedziałek, 11 maja 2009
when I lost my way back home...
poniedziałek, 11 maja 2009
Wróciłem. 4 dni przemyśleń i nabierania sił. Czasem człowiek musi wyjechać żeby docenić to co ma, odbudować energie i pozytywne myślenie, porozmawiać sam ze sobą. Co do samego koncertu powiem tylko tyle, że usłyszałem drugi raz No Leaf Clover na żywo, to wystarczy za odpowiedź czy gig był udany.
czwartek, 7 maja 2009
Motorbreath...
czwartek, 7 maja 2009
Wczoraj obejrzałem chyba najbardziej emocjonujący mecz na K6 w moim życiu, no może poza meczem z Wisłą w 2000 i 8 doliczonymi minutami :) Półfinał PP z Lechem. Niestety jak się strzela karne jak ja w liceum to efekty są mizerne. Dzięki chłopakom za walkę i 120 minut emocji. Ach gdyby Kosmal w 94 trafił... Lech zdechł Kolejorz!
Już trochę Reisefieber mam. Zaczynam się bardzo powolutku pakować nucąc pod nosem Seek & Destroy :) Bilety na samolot mam, bilet na koncert również, hotel zarezerwowany i jutro lecę nach Stuttgart. Potem to już tylko zimny niemiecki browarek i konwersacja na poziomie z niemieckimi fanami Mety. Tak by the way zaliczyłem 3 Klausure, nie wiem jakim cudem jeszcze jej na oczy nie widziałem, ale oznacza to mniej ni więcej, że może zaliczę 3 rok. Niestety morze jest szerokie i głębokie. Na koniec przedsmak emocji koncertowych. METAL UP YOUR ASS!
Już trochę Reisefieber mam. Zaczynam się bardzo powolutku pakować nucąc pod nosem Seek & Destroy :) Bilety na samolot mam, bilet na koncert również, hotel zarezerwowany i jutro lecę nach Stuttgart. Potem to już tylko zimny niemiecki browarek i konwersacja na poziomie z niemieckimi fanami Mety. Tak by the way zaliczyłem 3 Klausure, nie wiem jakim cudem jeszcze jej na oczy nie widziałem, ale oznacza to mniej ni więcej, że może zaliczę 3 rok. Niestety morze jest szerokie i głębokie. Na koniec przedsmak emocji koncertowych. METAL UP YOUR ASS!
poniedziałek, 4 maja 2009
Maćki z Sulejówka fajne są...
poniedziałek, 4 maja 2009
Jak w tytule. Jeden wysłał mi bilet na koncert, co prawda miała być Metallica w Stuttgarcie i kartka z Londynu a dostałem wejściówkę na Backstreetboys i widokówkę z Aalborga ale i tak jest dobrze :) Drugi przyczynił się znacząco do tego że jeszcze pojawiam się na IG, z jakim skutkiem Bóg jeden raczy wiedzieć ale zawsze to coś. bardziej konstruktywnego niż siedzenie w domu. Także Maćki dzięki wielkie! W piątek czeka mnie lot do Reichu i 4 gig Mety w moim życiu. To już nie to samo co Chorzów 2004, jakoś tak adrenaliny mniej no i włosy jakby trochę krótsze. Mam nadzieję, że jak wyjdą na scenę to znowu poczuje, że to jest to. Co do newsów z frontu to do NY na pewno nie jadę a i wyjazd do Bambergu jakby trochę mniej realny się robi. Zobaczymy, wszystko powinno się w tym miesiącu wyjaśnić. Na razie staram się tworzyć pracę semestralną, z naciskiem na staram bo efekt mizerny. Miesiąc nic nie pisałem i stwierdziłem, że strasznie mieszane odczucia co do mojego bloga występują. Niektórzy wciąż dopytują kiedy coś nowego wrzucę, inni cieszą się że przez miesiąc nic nie stworzyłem. No cóż ile głów tyle zdań. Postaram się znowu regularnie pisać, ale nie wiem czy moje lenistwo nie zwycięży. Aha jeszcze bym zapomniał, Klaudia zapożycza się na potęgę - książka, śpiwór, plecak. Teraz przynajmniej ma powód żeby się odezwać od czasu do czasu, dobra, żartowałem nie bij :P Niech Ci na zdrowie wyjdzie :)
środa, 8 kwietnia 2009
a na wiosnę ruszymy z budową dróg...
środa, 8 kwietnia 2009
Rozpoczął się remont trasy W-Z. Nie zrozumcie mnie źle, ja jak najbardziej jestem za tym remontem i rozwojem warszawskiej infrastruktury. Zastanawia mnie jednak poziom kretynizmu ludzi, którzy wymyślili iż zalecanym objazdem jest most świętokrzyski. Mam to nieszczęście, że mój wydział znajduje się przy BUWie i często zdarza mi się zjeżdżać Tamką w dół. Tam korki są zawsze, rano, popołudnie, wieczór, nie potrzeba do tego żadnego remontu. Przepustowość tej ulicy nigdy nie należała do największych i lepiej po prostu dotrzeć na IG z buta. Czasem jednak złapie mnie leń (no dobra Roman nie czasem :))i wsiadam w autobus. No i tak sobie dzisiaj wsiadłem przy BUWie w autobus o 14:30 aby do metra świętokrzyska dojechać o 15:30. Autobus nie poruszał się w ogóle, czas zatrzymał się w miejscu. Wszystko przez to że z Topiel na Tamkę wjeżdża sznur samochodów z mostu świętokrzyskiego. Paranoja. Tak sobie myślę, że jak się przygotowuje tak duży remont to ktoś wcześniej obmyśla plan objazdów ale widzę że władze Warszawy przechodzą same siebie w kretynizmie. Aż boję się myśleć co to u nas na Euro 2012 z taką organizacją będzie. Chyba tak jak mówił Kononowicz "niczego nie będzie..."
sobota, 28 marca 2009
sobota, 21 marca 2009
only a phone call away...
sobota, 21 marca 2009
Ostatnimi czasy doszedłem do wniosku, że czas sam za nas dokonuje pewnej selekcji osób na te z którymi utrzymujemy kontakt i te z którymi ten kontakt już się urwał bądź dopiero się urwie. Czasami spotykamy kogoś codziennie a to na uczelni a to w pracy. Wydaje nam się, że znajomość jest w miarę trwała – ZONK, to po prostu przyzwyczajenie i rutyna. Szczególnie odczuwalne jest to w trakcie studiów. Praktycznie co pół roku zmienia się zestaw ludzi, z którymi mam zajęcia, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć te które same z siebie do mnie zadzwonią albo napiszą tak po prostu. Sytuacja jest jeszcze zabawniejsza (o zgrozo!) jeśli chodzi o moje liceum. Tutaj wystarczyłby mi jeden palec żeby wskazać w kierunku skandynawskim osobę, która sama z siebie się do mnie odzywa.
Czy mam z tego powodu jakiś żal? Hmm jeszcze miesiąc temu bym miał. Teraz stwierdziłem, że jest mi to tak naprawdę obojętne. Źle. Inaczej. Może obojętne mi to nie jest, bo nie odzywają się do mnie osoby na których mi zależy, ale jeżeli sytuacja się nie zmieni to i tak nie popełnię rytualnego sepuku. Potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Mam po prostu dość narzucania się komuś, kiedyś trzeba przerzucić piłeczkę na drugą stronę i czekać czy wróci…
P.S Ja też nie jestem bez winy, np. ostatnio (jakieś dwa miesiące temu) wpadłem na Szkraba i mieliśmy się na piwo umówić. Przyznaję od tamtego czasu się nie odezwałem. Dudzi jak tylko wyzdrowieję jesteś pierwsza w kolejce :)
Czy mam z tego powodu jakiś żal? Hmm jeszcze miesiąc temu bym miał. Teraz stwierdziłem, że jest mi to tak naprawdę obojętne. Źle. Inaczej. Może obojętne mi to nie jest, bo nie odzywają się do mnie osoby na których mi zależy, ale jeżeli sytuacja się nie zmieni to i tak nie popełnię rytualnego sepuku. Potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Mam po prostu dość narzucania się komuś, kiedyś trzeba przerzucić piłeczkę na drugą stronę i czekać czy wróci…
P.S Ja też nie jestem bez winy, np. ostatnio (jakieś dwa miesiące temu) wpadłem na Szkraba i mieliśmy się na piwo umówić. Przyznaję od tamtego czasu się nie odezwałem. Dudzi jak tylko wyzdrowieję jesteś pierwsza w kolejce :)
piątek, 20 marca 2009
niedziela, 15 marca 2009
nieznośna lekkość butów...
niedziela, 15 marca 2009
Hmm co by tu napisać? Że mnie głowa boli, że z mordy mam kapeć, że wciąż mam w pamięci widok Romana idącego w skarpetkach po Centrum. Cokolwiek nie napisze i tak nie odda wczorajszej atmosfery połowinek. IG zaszalało, szyk i elegancja zamieniła się po dwóch godzinach w nieład i chaos :)Słychać było błagalne głosy "ludzie nie gadamy o Klausur", "nie mówcie dzisiaj po niemiecku - błagam" No i oczywiście rozmowy kto co zdał w jaki sposób kompletnie nic nie umiejąc :) Są momenty kiedy zastanawiam się co robię na tych studiach, ale po takim wieczorze jak wczoraj przynajmniej przez tydzień nie będę sobie zadawał tego pytania. A i co najdziwniejsze, jak na nasze możliwości było wczoraj bardzo kulturalnie. Cały samorząd wielki szacun, Gorzka - respect. Świąder - ssij, Żania - don't ya :) Dziękuję "ekipie stolikowej" za wsparcie w "Wielkiej Ucieczce" sponsored by M.G :)
P.S Szajba dowcip o płocie mnie rozwalił :)
P.S Szajba dowcip o płocie mnie rozwalił :)
poniedziałek, 9 marca 2009
cos I can feel you slipping through my fingers, I don't even know the reason why...
poniedziałek, 9 marca 2009
najweselsza piosenka o rozstaniu jaką znam...
czwartek, 5 marca 2009
wherever I may roam...
czwartek, 5 marca 2009
Jako, że niektórzy wysyłają SMSy z pytaniem czy nie umarłem odpowiem cytatem z klasyka "wieści o mojej śmierci są mocno przesadzone" Chorowało się trochę i jednocześnie jakiś taki kryzys weny twórczej, bądź grafomanii jak kto woli, przyszedł no i stąd to milczenie. Niespodzianka czyli dostałem się na Erasmusa (Bamberg)oczywiście bez stypendium co oznacza ni mniej ni więcej, że moja łaskawa uczelnia pozwala mi spędzić jeden semestr nauki za granicą. Kwalifikacja wcale nie oznacza, że tam pojadę, bo jeszcze muszę 3 rok zaliczyć co wbrew pozorom takie łatwe nie jest (PN się kłania). No i wysłałem swój akces na kurs jidysz do Nowego Yorku. To to jest dopiero jazda bez trzymanki. Jak mnie tam przyjmą bo wysłaniu sterty dokumentów to się chyba obrzezam :) Ilość jaj i niejasności przy wysyłaniu tych zgłoszeń przekracza granicę nawet amerykańskiej tępoty. Plan pozytywny - wyjeżdżam czerwiec lipiec NY i pół roku albo rok w Bambergu. Plan mniej optymistyczny - wypala tylko jeden wyjazd. Plan realny - nic nie wypala :)AAA byłbym zapomniał jak nic nie wypali to lecę w wakacje na Islandię... :D
wtorek, 17 lutego 2009
czarną duszę mam i czarną w żyłach krew...
wtorek, 17 lutego 2009
Start Ekstraklasy za niecałe dwa tygodnie a napinka przed derbowa trwa już w najlepsze. Zawsze w takich momentach ćwiczę swoją cierpliwość i wyrozumiałość. No bo ile można razy słuchać, że Nas nie ma. Tak, jesteśmy w miażdżącej mniejszości, nikt temu nie zaprzecza i nikt z tym nie dyskutuje. Wiem że ogarnięcie 150 osobowej grupy na wyjazd do Gdańska to w naszym przypadku naprawdę ogromny wysiłek, a o zapełnieniu własnego stadionu nie wspominam. Nie chodzimy po mieście w barwach, tak samo jak w Generalnej Guberni nikt nie chodził ze znakiem Polski Walczącej na ramieniu. Jest różnica między odwagą i przywiązaniem do barw a zwykłą głupotą. Skoro Nas nie ma to po co Nam o tym wciąż przypominacie? Schlebiacie swojemu ego?
Polonia zdobywała Mistrzostwo Polski 1946 roku na gruzach Warszawy. Mecz finałowy oglądało 30 tyś widzów - fanów Czarnych Koszul. Kiedy słyszę dzisiaj, że Polonia to emeryci i renciści to chcę powiedzieć tylko jedno: ten emeryt, który dzisiaj chodzi na Polonię walczył o to żeby każdy z Nas żył dzisiaj w wolnym Kraju. Walczył o to na gruzach tego miasta, miasta stołecznego więc jeśli nie chcesz być uznany za troglodytę to przejaw choć odrobinę szacunku. Kiedy słyszę jakich to Legia ma wspaniałych fanów otwiera mi się nóż w kieszeni. Zamieszki w Wilnie, osławiona już akcja "Widelec 741". Oczywiście wszyscy nagle są niewinni. Odpowiedzmy sobie w takim razie gdzie oni wszyscy szli. Sprzedane zostały 3 bilety, w takim razie na mecz chyba nie. Pod K6? Ale po co przecież nie mają wejściówek? Już wiem chcieli pobić rekord Guinessa w ilości zgromadzonych sztućców na metrze kwadratowym. Kibice z Łazienkowskiej zdemolowali warszawską starówkę w ramach "świętowania" Mistrzostwa Polski. Starówkę na której ginęli powstańcy, którą już raz z ziemią zrównali hitlerowcy. Może wiąże się to z faktem braku znajomości historii stolicy? Wielu "zielonych" wywodzi się z poza Warszawy, ze wszystkich możliwych okolicznych miejscowości. Nikt nie odbiera im prawa kibicowania CWKSowi ale stwierdzenie że są to "warszawscy kibice" również mija się z prawdą. CWKS - klub, którego prezesami wielokrotnie byli radzieccy Generałowie, klub który nigdy nie walczył z komuną, klub który był dofinansowany przez PZPR i transferował zawodników poprzez "powoływanie" ich do wojska. "Legia Warszawa - historia, której nigdy nie dorównacie" - takie stwierdzenie można przeczytać na jednej z vlepek sławiących tenże klub. Problem polega na tym, że ja chyba nie chce jej dorównywać...
Za dwa tygodnie będę na Konwiktorskiej, znowu przebije się przez całe miasto z sercem na ramieniu. Stanę wśród "tych których nie ma" i będę zdzierał gardło. Na 90 minut wszystko inne przestanie się liczyć. Nie przestraszymy się Was. Będę krzyczał Polonia Warszawa, tak jak na rodowitego Warszawiaka przystało.
Polonia zdobywała Mistrzostwo Polski 1946 roku na gruzach Warszawy. Mecz finałowy oglądało 30 tyś widzów - fanów Czarnych Koszul. Kiedy słyszę dzisiaj, że Polonia to emeryci i renciści to chcę powiedzieć tylko jedno: ten emeryt, który dzisiaj chodzi na Polonię walczył o to żeby każdy z Nas żył dzisiaj w wolnym Kraju. Walczył o to na gruzach tego miasta, miasta stołecznego więc jeśli nie chcesz być uznany za troglodytę to przejaw choć odrobinę szacunku. Kiedy słyszę jakich to Legia ma wspaniałych fanów otwiera mi się nóż w kieszeni. Zamieszki w Wilnie, osławiona już akcja "Widelec 741". Oczywiście wszyscy nagle są niewinni. Odpowiedzmy sobie w takim razie gdzie oni wszyscy szli. Sprzedane zostały 3 bilety, w takim razie na mecz chyba nie. Pod K6? Ale po co przecież nie mają wejściówek? Już wiem chcieli pobić rekord Guinessa w ilości zgromadzonych sztućców na metrze kwadratowym. Kibice z Łazienkowskiej zdemolowali warszawską starówkę w ramach "świętowania" Mistrzostwa Polski. Starówkę na której ginęli powstańcy, którą już raz z ziemią zrównali hitlerowcy. Może wiąże się to z faktem braku znajomości historii stolicy? Wielu "zielonych" wywodzi się z poza Warszawy, ze wszystkich możliwych okolicznych miejscowości. Nikt nie odbiera im prawa kibicowania CWKSowi ale stwierdzenie że są to "warszawscy kibice" również mija się z prawdą. CWKS - klub, którego prezesami wielokrotnie byli radzieccy Generałowie, klub który nigdy nie walczył z komuną, klub który był dofinansowany przez PZPR i transferował zawodników poprzez "powoływanie" ich do wojska. "Legia Warszawa - historia, której nigdy nie dorównacie" - takie stwierdzenie można przeczytać na jednej z vlepek sławiących tenże klub. Problem polega na tym, że ja chyba nie chce jej dorównywać...
Za dwa tygodnie będę na Konwiktorskiej, znowu przebije się przez całe miasto z sercem na ramieniu. Stanę wśród "tych których nie ma" i będę zdzierał gardło. Na 90 minut wszystko inne przestanie się liczyć. Nie przestraszymy się Was. Będę krzyczał Polonia Warszawa, tak jak na rodowitego Warszawiaka przystało.
piątek, 13 lutego 2009
aniołowie jeśli tylko są, kryją się w metalowych bunkrach...
piątek, 13 lutego 2009
Minął tydzień i tak naprawdę jeszcze dwa dni dzielą mnie od ponownego wkroczenia w rzeczywistość. Przypominam sobie mój ostatni urlop w Danii i myślę, że to niemożliwe że tak wszystko miałem wtedy uporządkowane. Z perspektywy roku to jak wmawianie komuś że Obama jest biały. No ale fakt faktem wtedy tak było, wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku. Teraz góruje w moim życiu artystyczny nieład, czyli dla percepcji umysłu ścisłego burdel. Nawet nie spojrzałem do kiedy mam oddać pracę semestralną, bo stwierdziłem że i tak żaden termin nie zmusi mnie do napisania jej na czas. Jako artysta wyzwolony mam w dupie narzucane przez Uniwersytet Warszawski ograniczenia twórcze. I pomyśleć, że w tym semestrze na IG będę się pojawiał dwa razy w tygodniu, a dla mnie to wciąż o dwa dni za dużo...
poniedziałek, 9 lutego 2009
trafić jak ślepy na karaoke...
poniedziałek, 9 lutego 2009
Bardzo długi był to weekend. Przede wszystkim impreza firmowa, impreza na której zdałem sobie sprawę jak bardzo się zestarzałem i jak wiele naokoło się pozmieniało. Pamiętam bardzo dobrze pierwszą "firmówkę" jakieś 2 lata temu. Nie wypiłem wtedy prawie w ogóle żadnego alkoholu a bawiłem się wyśmienicie. Nieoceniony udział miała w tym oczywiście Marta.P, która również tamtą imprezę zaliczyła do trzeźwych. W tym roku historia jakby zatoczyła koło, bo znowu większość czasu spędziłem z Padalcem z tym że już nie do końca na trzeźwo. Sporo mi to do myślenia dało, bo jakoś tak się porobiło, że atmosferę firmową ostatnio tylko dobrze po pijaku znoszę. Stwierdziłem jednocześnie, że pewne sprawy trzeba pozostawić własnemu torowi i przestać się za bardzo angażować. Będzie co ma być i podstawowa zasada nie robić niczego na siłę. Jakoś mi to chyba wszystko zobojętniało.
Niedziela to rodzinna imprezka i wspominki życiowe całego wujostwa. Ostatnimi czasy ciężko przeżyć jakieś spotkanie rodzinne bez "opowieści z krypty". W sumie niektóre są nawet zabawne ale jak się je słyszy po raz 10 to otwiera mi się nóż w kieszeni.
Tak oto miałem od poniedziałku zacząć urlop, nie zamierzałem nigdzie wyjeżdżać. Potrzebowałem tygodnia w domu sam ze sobą, pozbierać myśli, pouczyć się, poczytać, siedem dni dla siebie. Nie mogłem się doczekać... No i co? Wstaje i spotykam w domu mojego tatę, który z rozbrajającą szczerością oznajmia mi że źle się czuje i ma do piątku zwolnienie. Ilość bluzgów, która przewinęła i wciąż przewija się po mojej głowie nie nadaje się do cytowania. Jest 365 dni w roku, ja czekałem na ten urlop już dobry miesiąc a mój tatuś akurat "zrobił się chory". Pisze specjalnie w cudzysłowie, bo w pewnego rodzaju zbiegi okoliczności i choroby powstające w ciągu 4 godzin nie wierzę. Generalnie z mojego odpoczynku psychicznego zostały tylko plany i że pozwolę sobie użyć wulgaryzmu jestem po prostu wkurwiony. I tym oto miłym akcentem zaczął i jednocześnie skończył się mój urlop.
Niedziela to rodzinna imprezka i wspominki życiowe całego wujostwa. Ostatnimi czasy ciężko przeżyć jakieś spotkanie rodzinne bez "opowieści z krypty". W sumie niektóre są nawet zabawne ale jak się je słyszy po raz 10 to otwiera mi się nóż w kieszeni.
Tak oto miałem od poniedziałku zacząć urlop, nie zamierzałem nigdzie wyjeżdżać. Potrzebowałem tygodnia w domu sam ze sobą, pozbierać myśli, pouczyć się, poczytać, siedem dni dla siebie. Nie mogłem się doczekać... No i co? Wstaje i spotykam w domu mojego tatę, który z rozbrajającą szczerością oznajmia mi że źle się czuje i ma do piątku zwolnienie. Ilość bluzgów, która przewinęła i wciąż przewija się po mojej głowie nie nadaje się do cytowania. Jest 365 dni w roku, ja czekałem na ten urlop już dobry miesiąc a mój tatuś akurat "zrobił się chory". Pisze specjalnie w cudzysłowie, bo w pewnego rodzaju zbiegi okoliczności i choroby powstające w ciągu 4 godzin nie wierzę. Generalnie z mojego odpoczynku psychicznego zostały tylko plany i że pozwolę sobie użyć wulgaryzmu jestem po prostu wkurwiony. I tym oto miłym akcentem zaczął i jednocześnie skończył się mój urlop.
czwartek, 29 stycznia 2009
if God is a DJ...
czwartek, 29 stycznia 2009
Muzyka jak żaden inny czynnik zewnętrzny ukształtowała moje życie a także w znacznym stopniu mój światopogląd. W mojej jaźni na stałe zadomowiły się trzy płyty, trzy albumy, które całkowicie mnie odmieniły. Mówię to z całą mocą i przekonaniem, że tak naprawdę było. Jest to po prostu muzyka wyznaczająca kamienie milowe mojego bytu.
1. The Offspring "Americana" Sony Columbia Records 1998
Pierwsza płyta, która oderwała mnie od muzyki typu Backstreet Boys, Britney Spears czy Spice Girls. Nie będę oryginalny jeśli powiem, że wszystko zaczęło się od "Pretty Fly" usłyszanego gdzieś w radiu. Potem już poszło. Pierwsza kaseta a potem stosunkowe powiększanie kolekcji. Nie uważam "Americany" za najlepszy album Offspringa, to miano moim zdaniem bezsprzecznie należy do "Smasha". Chodzi o to, że od tego momentu zaczyna się zupełnie inny rodzaj muzyki w moim życiu. Najzabawniejsze jest to, że na tej płycie znajduje się naprawdę jedna perełka, a mianowicie "Pay The Man", tylko że ja tego kawałka przez prawie 4 lata nie trawiłem, przewijałem go non stop. Chyba to jednak jest tak że do muzyki trzeba dorosnąć i tak się stało i tym razem. "Pay The Man" to utwór wybitny, a ja traktuje jego tekst jak gdyby odnosił się do Boga chociaż sam Offspring nigdy tego nie potwierdził. Majstersztyk.
2. Metallica "S&M" Elektra Records 1999
Metallica i San Francisco Symphony zagrali wspólnie 4 koncerty, dwa w San Francisco i dwa w Berlinie. Nie przypuszczali zapewne, że odmienią one zupełnie życie pewnego chłopca z Polski. Niektórzy twierdzą, że mam w domu ołtarzyk z tą płytą. Powiem tak, niewiele mi do tego brakuje. Album zasłyszany bodajże w 2003 roku na obozie w gimnazjum. Ta dwupłytówka kompletnie, całkowicie, nieodwracalnie przewróciła moje życie. Nigdy nie byłem już taki sam. Jeżeli Bóg się angażuje w tworzenie muzyki, to tutaj ten boski dotyk można poczuć. Czegokolwiek bym nie napisał i tak nie odda tego co czuje i co myślę słuchając jej. Dwie godziny monumentalnej, przepięknej muzyki. Każdy dźwięk nasyca moją duszę, każdy riff jest wypieszczony do granic perfekcji.To początek mojej przygody z Metallicą, przygody która nigdy się nie skończy. Gdybym mógł zdecydować co mogę zabrać ze sobą do grobu albo na bezludną wyspę to byłby ten album. Gdybym kiedyś tej muzyki nie usłyszał na pewno nie byłbym tym kim jestem dzisiaj, na 200%. Utwór "No Leaf Clover" napisany specjalnie na tą płytę, specjalnie pod orkiestrę. Usiądźcie i posłuchajcie. Warto bo takich rzeczy dwa razy w życiu się nie tworzy.
3. Coma "Pierwsze Wyjście z Mroku" BMG Poland 2004
Ostatnio liczyłem na ilu koncertach Comy już byłem i wyszło mi że na 11. To już podchodzi po chorobę. Zostałem "zarażony" przez "Pierwsze Wyjście z Mroku" jeszcze w liceum. Gdyby chodziło o samą muzykę to nie byłoby nic dziwnego ale to co w Comie najpiękniejsze to teksty. Ludzi, którzy usłyszeli ten zespół dzieli się na tych, którzy ich kochają i na tych którzy ich nienawidzą. Wywołują maksymalnie skrajne emocje u słuchaczy. Niektórzy zarzucają ich twórczości, że jest depresyjna inni że to grafomaństwo. Ja wiem tylko, że życia bez Comy sobie nie wyobrażam. Specjalnie dla was "Czas Globalnej Niepogody"
1. The Offspring "Americana" Sony Columbia Records 1998
Pierwsza płyta, która oderwała mnie od muzyki typu Backstreet Boys, Britney Spears czy Spice Girls. Nie będę oryginalny jeśli powiem, że wszystko zaczęło się od "Pretty Fly" usłyszanego gdzieś w radiu. Potem już poszło. Pierwsza kaseta a potem stosunkowe powiększanie kolekcji. Nie uważam "Americany" za najlepszy album Offspringa, to miano moim zdaniem bezsprzecznie należy do "Smasha". Chodzi o to, że od tego momentu zaczyna się zupełnie inny rodzaj muzyki w moim życiu. Najzabawniejsze jest to, że na tej płycie znajduje się naprawdę jedna perełka, a mianowicie "Pay The Man", tylko że ja tego kawałka przez prawie 4 lata nie trawiłem, przewijałem go non stop. Chyba to jednak jest tak że do muzyki trzeba dorosnąć i tak się stało i tym razem. "Pay The Man" to utwór wybitny, a ja traktuje jego tekst jak gdyby odnosił się do Boga chociaż sam Offspring nigdy tego nie potwierdził. Majstersztyk.
2. Metallica "S&M" Elektra Records 1999
Metallica i San Francisco Symphony zagrali wspólnie 4 koncerty, dwa w San Francisco i dwa w Berlinie. Nie przypuszczali zapewne, że odmienią one zupełnie życie pewnego chłopca z Polski. Niektórzy twierdzą, że mam w domu ołtarzyk z tą płytą. Powiem tak, niewiele mi do tego brakuje. Album zasłyszany bodajże w 2003 roku na obozie w gimnazjum. Ta dwupłytówka kompletnie, całkowicie, nieodwracalnie przewróciła moje życie. Nigdy nie byłem już taki sam. Jeżeli Bóg się angażuje w tworzenie muzyki, to tutaj ten boski dotyk można poczuć. Czegokolwiek bym nie napisał i tak nie odda tego co czuje i co myślę słuchając jej. Dwie godziny monumentalnej, przepięknej muzyki. Każdy dźwięk nasyca moją duszę, każdy riff jest wypieszczony do granic perfekcji.To początek mojej przygody z Metallicą, przygody która nigdy się nie skończy. Gdybym mógł zdecydować co mogę zabrać ze sobą do grobu albo na bezludną wyspę to byłby ten album. Gdybym kiedyś tej muzyki nie usłyszał na pewno nie byłbym tym kim jestem dzisiaj, na 200%. Utwór "No Leaf Clover" napisany specjalnie na tą płytę, specjalnie pod orkiestrę. Usiądźcie i posłuchajcie. Warto bo takich rzeczy dwa razy w życiu się nie tworzy.
3. Coma "Pierwsze Wyjście z Mroku" BMG Poland 2004
Ostatnio liczyłem na ilu koncertach Comy już byłem i wyszło mi że na 11. To już podchodzi po chorobę. Zostałem "zarażony" przez "Pierwsze Wyjście z Mroku" jeszcze w liceum. Gdyby chodziło o samą muzykę to nie byłoby nic dziwnego ale to co w Comie najpiękniejsze to teksty. Ludzi, którzy usłyszeli ten zespół dzieli się na tych, którzy ich kochają i na tych którzy ich nienawidzą. Wywołują maksymalnie skrajne emocje u słuchaczy. Niektórzy zarzucają ich twórczości, że jest depresyjna inni że to grafomaństwo. Ja wiem tylko, że życia bez Comy sobie nie wyobrażam. Specjalnie dla was "Czas Globalnej Niepogody"
poniedziałek, 26 stycznia 2009
moja nacja moja tonacja
poniedziałek, 26 stycznia 2009
No i zaczęło się kolejne leczenie naszych narodowych kompleksów. Jak to zazwyczaj bywa przy jakiejś większej imprezie sportowej, na której Polacy mają szansę zaistnieć, cały kraj trzyma kciuki i nie bierze nawet pod uwagę możliwości porażki. Tak jest i w przypadku chorwackich mistrzostw świata w piłce ręcznej. No i tu niestety rodacy się rozczarowali, bo mimo całkiem udanych występów w pierwszej fazie turnieju, nasi „szczypiorniści” znaleźli się co prawda w kolejnym etapie mistrzostw ale bez żadnych punktów. W tym momencie do akcji wkroczyli polscy pseudo dziennikarze. Litry pomyj wylewane na naszą reprezentację starczyłyby na cały rok dla wszystkich naszych krajowych drużyn. Blamaż i porażka dwa słowa pojawiające się nieustannie w mediach. Dodatkowe nieszczęście naszych chłopców polegało na tym, że przegrali z Niemcami, a z Deutschlandem jak wiadomo przegrać nie można, bo to co najmniej tak jakby zbezcześcić 1410 i Bitwę pod Grunwaldem, nie wspominając o 1939 i Westerplatte. Taka już nasza cecha charakterystyczna, że jak słyszymy Niemiec, to biegniemy po karabin dziadka do piwnicy. Ja patrzę na to trochę z innej perspektywy ale to z racji mojego kierunku studiów i całkiem możliwe że gdybym studiował coś innego to reagowałbym podobnie. W tym całym zamieszaniu niesamowitą trzeźwością umysłu wykazała się Bogdan Wenta. Podał argument, którego nasze dziennikarzyny nie były wstanie dostrzec. Handball to w Niemczech sport narodowy a jak w Reichu coś jest sportem narodowym tzn, że nakłady na ten sport są nieporównywalnie większe niż w Polsce (generalnie to nakłady na każdy sport w Niemczech są zdecydowanie większe niż u nas). My jesteśmy vice mistrzami świata, ale czy przez 2 ostatnie lata coś się zmieniło jeżeli chodzi o halę, drużyny cokolwiek? W związku z tym my z Niemcami możemy wygrać od czasu do czasu jak nam się uda, ale na pewno nie regularnie. Sport jak żadna inna dziedzina życia jest wymierna. I tak oto po tygodniu zmagań szansę na półfinał pozostały iluzoryczne…
Jakieś 48 godzin później dziennikarze mogli się powoli całować w dupę. Nastroje po weekendzie zmieniły się diametralnie. Drużyna jak żadna inna nasza reprezentacja pokazała że ma jaja. Mogli się położyć ale nie zrobili tego, zagrali dwa wyśmienite spotkania pokonując bezsprzecznie Danię i Serbię.Jutro gramy z Norwegią, jeżeli wygramy a jednocześnie w meczu Niemcy-Dania nie padnie remis będziemy walczyć o medale. Gazety powoli zaczynają znowu „pompować balon” oczywiście zapominając o tym co pisały jeszcze w piątek. Ja trzymam za naszych niesamowicie kciuki, trzymam dlatego żeby pokazali, że dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe…
P.S Aha jak zdobędziemy mistrza to tych wszystkich pożal się Boże dziennikarzy powinni do redagowania gazetki Auchan zatrudnić...
Jakieś 48 godzin później dziennikarze mogli się powoli całować w dupę. Nastroje po weekendzie zmieniły się diametralnie. Drużyna jak żadna inna nasza reprezentacja pokazała że ma jaja. Mogli się położyć ale nie zrobili tego, zagrali dwa wyśmienite spotkania pokonując bezsprzecznie Danię i Serbię.Jutro gramy z Norwegią, jeżeli wygramy a jednocześnie w meczu Niemcy-Dania nie padnie remis będziemy walczyć o medale. Gazety powoli zaczynają znowu „pompować balon” oczywiście zapominając o tym co pisały jeszcze w piątek. Ja trzymam za naszych niesamowicie kciuki, trzymam dlatego żeby pokazali, że dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe…
P.S Aha jak zdobędziemy mistrza to tych wszystkich pożal się Boże dziennikarzy powinni do redagowania gazetki Auchan zatrudnić...
czwartek, 22 stycznia 2009
pozycja embrionalna
czwartek, 22 stycznia 2009
Okazało się, że moje 1,64 szczęścia już nie chce nim być. Cóż są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Ostatnie pół roku mojego życia staje się powoli historią. Czy mi przykro? Tak cholernie. Generalnie to nie wiem w co ręce włożyć. Moje życie na dzień dzisiejszy to obraz nędzy i rozpaczy. Jakby odbyła się w nim jakaś bitwa i zwłok jeszcze nie pogrzebano. I teraz postawcie się w mojej sytuacji. Jakieś postanowienia noworoczne, motywacja do poprawienia sytuacji na studiach, chęć do zrobienia czegokolwiek, wszystko przepadło. Najgorsze jest to że jakby nie widzę jakiegoś świetlistego punktu bądź celu do którego bym zmierzał. Sen, studia, praca, jedzenie, sen, studia, praca jedzenie, sen. Podtrzymywanie funkcji życiowych w sensie czysto biologicznym to chyba trochę mało. Zawsze było coś pozytywnego czego się mogłem złapać w razie czego, teraz niestety czegoś takiego brak. Wszystko rąbnęło jak domino. Najchętniej to bym się uśpił na jakiś miesiąc i zobaczył czy po przebudzeniu wróci mi chęć do życia. Tak właściwie to po co pracujemy, studiujemy itp itd przecież i tak kiedyś zemrzemy i wcale nie mamy pewności czy nas jutro na skrzyżowaniu autobus nie potrąci. Vanitas vanitatum et omnia vanitas...
niedziela, 18 stycznia 2009
You're a woman, I'm a man
niedziela, 18 stycznia 2009
Przyjaźń damsko - męska to coś w co nie wierzę. Dojście do tego wniosku zajęło mi trochę czasu. Swoje zdanie postaram się rzeczowo umotywować, nie odbierając jednocześnie nikomu prawa do własnej opinii w tej kwestii. Przyjaciel to słowo w dzisiejszych czasach zdecydowanie nadużywane. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że jeżeli ktoś dziś ma jednego przyjaciela to jest szczęściarzem, jeśli dwóch to tak jakby wygrał milion w totka. Przyjaciele w większej ilości w życiu po prostu nie występują. Mamy naturalnie znajomych, dobrych znajomych, kolegów (koleżanki), kumpli (kumpele) ale przyjaciel to jednak ktoś wyjątkowy jedyny w swoim rodzaju. Ja swego czasu w liceum bardzo styrałem słowo "przyjaciel", odebrałem mu rangę, upowszechniłem w swoim życiu. Mimo to mogę z całą pewnością stwierdzić, że byłem wtedy milionerem gdyż z tamtych czasów wyniosłem na pewno dwójkę przyjaciół. Niestety jeden z nich był rodzaju żeńskiego. I tu zaczynają się schody. Przyjaciel to osoba, która wie o wszystkim, rozumie Cię najlepiej na świecie i możesz z nią pogadać dosłownie na każdy temat. Nie ma żadnej krępacji ani wstydu przy rozmowach. Nie wyobrażasz sobie życia bez tej osoby. No ale skoro ta persona już jest twoim przyjacielem, twoim alter ego i rozumie Cię czasem bez słów, co więcej jest płci przeciwnej (co w tym kontekście nie jest bez znaczenia)to czemu nie spróbować czegoś więcej? Skoro jest to Tobie najbliższa osoba to czemu nie miałaby być jeszcze bliższa? Są dwie odmienne opinie na ten temat: pierwsza, że to pójście po najmniejszej linii oporu, druga stwierdza, że taka jest po prostu naturalna kolej rzeczy. Ja miałem to szczęście/nieszczęście zaryzykować przyjaźń i postawić wszystko na jedną kartę. Z perspektywy czasu niczego nie żałuje, nie żałuje, bo życie idzie naprzód. Ziemia od tamtego czasu nie przestała się kręcić, słońce wschodzi co rano a co najważniejsze mam teraz swoje 1,64 szczęścia, szczęścia, które z patrząc z tamtej perspektywy czasowej było dla mnie bardzo odległe. Oczywiście Twoja dziewczyna może stać się jednocześnie Twoim przyjacielem, ale nigdy w drugą stronę. Dlatego staram się mieć teraz w swoim życiu sytuacje jasne i klarowne. Nie należy zapominać o całej masie kumpeli. Kumpela to słowo bardzo uniwersalne, posiada szersze znaczenie niż koleżanka i jednocześnie nie jest obarczone taką odpowiedzialnością jak słowo przyjaciel. Na pewno na studiach posiadam co najmniej jedną kumpele a i z liceum by się jedna znalazła (tak mówię o Tobie właścicielko pożyczonej i nie oddanej książki :))Aha byłbym zapomniał, z tej dwójki przyjaciół z L.O ostał się Maciek. Ja nie jestem gejem on też nie, więc naszej przyjaźni nic nie grozi, no chyba że wyjedzie jeszcze dalej to wtedy skopie mu tyłek. A wasze zdanie na temat przyjaźni damsko - męskiej jakie jest?
czwartek, 15 stycznia 2009
halo, witam, dzień dobry
czwartek, 15 stycznia 2009
Burdel w moim pokoju przekroczył wszelkie możliwe granice. Najdziwniejsze jest to, że w sumie ostatnio w domu tylko śpię więc nawet nie mam czasu bałaganić a jednak na mojej podłodze można odnaleźć wszelkie skarby świata nie wyłączając kserówek ze studiów wymieszanych z tysiącem przegranych, oczywiście nie podpisanych, płyt. Dziw bierze że mój notebook w ogóle je jeszcze odczytuje, a przekonałem się o tym wczoraj gdy postanowiłem w nich trochę posprzątać. Nie myślcie sobie, że to taka spontaniczna decyzja.W moim życiu nic nie dzieje się bez przyczyny i sam z siebie nigdy nie sprzątam. Prawda jest taka że po prostu szukałem innej płyty. W tym celu musiałem przegrzebać około 30 sztuk maksymalnie porysowanych CDków. Tego czego szukałem oczywiście nie odnalazłem (zawsze tak jest) ale za to mnóstwo innych ciekawych rzeczy wpadło mi w ręce:
Po pierwsze: Płyta ze zdjęciami ze ślubu mojej siostry. Szukali jej z Jarkiem jakiś tydzień czasu aż w końcu poprosili fotografów o dosłanie nowej. Nie ma to jak młodszy brat. Aha przy oddawaniu obyło się bez bicia tym razem :)
Po drugie: Jakimś cudem odnalazłem mnóstwo innych płyt mojej siostry, których kiedyś szukała i porzuciła już dawno nadzieję na ich odnalezienie. Nie wiem jakim cudem ale większość była u mnie.
Po trzecie: Płyta perełka – kto pamięta jak robiłem przez 3 ostatnie dni w liceum zdjęcia i wkurzałem tym wszystkich naokoło?
Odnalazłem to cudo, jak przeglądałem to morda sama mi się cieszyła :) Posegreguję i coś wrzucę.
Po czwarte: Płyta „Studniówka i Kołbiel” Kto ma wiedzieć ten wie :) Klaudia, Emila, Marta i moja skromna osoba w przygotowaniach do matury czyli piwo do oporu i oglądanie rano „Lalki” na kacu.
Po piąte: Całe mnóstwo muzyki nagrywanej przeze mnie. Już dawno jej szukałem ale nigdy nie było mi dane jej znaleźć.
Podsumowując warto czasem czegoś szukać, bo przy okazji można znaleźć coś innego.
Tak w ogóle to siedzę teraz w pracy i jak zwykle intensywnie pracuje a Robert (jako stały czytelnik bloga) dopomina się żebym coś o nim napisał, cytuję: „Ty Polonista napisz coś o mnie”. A więc Robert jest wiernym kibicem CWKSu. Codziennie odpicowany w inny ciuszek jest "gwiazdą" naszego działu, jak to kiedyś Kasia ujęła. Wiecznie mi dogryza ale jakby wszyscy Legioniści prezentowali taki poziom i kulturę dogryzania jak on to dałoby się wytrzymać. Aktualnie się opiernicza, tzn udaje, że pracuje. Wspólnie z Robertem podziwiamy inteligencję jednej z naszych koleżanek z pracy, będzie bez imion i nazwisk, bo i tak każdy wie o kogo chodzi :) Czasem mam ochotę się powiesić jak obserwuje jej poczynania ale tolerancja zawsze była moją mocną stroną. Czas wracać do roboty, już słyszę koło siebie „Halo, witam, dzień dobry”
Po pierwsze: Płyta ze zdjęciami ze ślubu mojej siostry. Szukali jej z Jarkiem jakiś tydzień czasu aż w końcu poprosili fotografów o dosłanie nowej. Nie ma to jak młodszy brat. Aha przy oddawaniu obyło się bez bicia tym razem :)
Po drugie: Jakimś cudem odnalazłem mnóstwo innych płyt mojej siostry, których kiedyś szukała i porzuciła już dawno nadzieję na ich odnalezienie. Nie wiem jakim cudem ale większość była u mnie.
Po trzecie: Płyta perełka – kto pamięta jak robiłem przez 3 ostatnie dni w liceum zdjęcia i wkurzałem tym wszystkich naokoło?
Odnalazłem to cudo, jak przeglądałem to morda sama mi się cieszyła :) Posegreguję i coś wrzucę.
Po czwarte: Płyta „Studniówka i Kołbiel” Kto ma wiedzieć ten wie :) Klaudia, Emila, Marta i moja skromna osoba w przygotowaniach do matury czyli piwo do oporu i oglądanie rano „Lalki” na kacu.
Po piąte: Całe mnóstwo muzyki nagrywanej przeze mnie. Już dawno jej szukałem ale nigdy nie było mi dane jej znaleźć.
Podsumowując warto czasem czegoś szukać, bo przy okazji można znaleźć coś innego.
Tak w ogóle to siedzę teraz w pracy i jak zwykle intensywnie pracuje a Robert (jako stały czytelnik bloga) dopomina się żebym coś o nim napisał, cytuję: „Ty Polonista napisz coś o mnie”. A więc Robert jest wiernym kibicem CWKSu. Codziennie odpicowany w inny ciuszek jest "gwiazdą" naszego działu, jak to kiedyś Kasia ujęła. Wiecznie mi dogryza ale jakby wszyscy Legioniści prezentowali taki poziom i kulturę dogryzania jak on to dałoby się wytrzymać. Aktualnie się opiernicza, tzn udaje, że pracuje. Wspólnie z Robertem podziwiamy inteligencję jednej z naszych koleżanek z pracy, będzie bez imion i nazwisk, bo i tak każdy wie o kogo chodzi :) Czasem mam ochotę się powiesić jak obserwuje jej poczynania ale tolerancja zawsze była moją mocną stroną. Czas wracać do roboty, już słyszę koło siebie „Halo, witam, dzień dobry”
niedziela, 11 stycznia 2009
ich will
niedziela, 11 stycznia 2009
W piątek nie zrobiłem nic, no może poza ogarnięciem pokoju i burdelu w nim panującego. Cały czas myślałem o tym co robić iść dalej czy olać, żadnej konkretnej odpowiedzi nie wymyśliłem. Nagle w piątek wieczorem na gg zaczęło spływać mnóstwo wiadomości (nawet nie wiedziałem, że tyle osób czyta moje wypociny).Wszyscy mówili, że mam się nie poddawać itp itd. Odzywały się do mnie osoby, z którymi kontaktów już praktycznie nie utrzymuje i takie z którymi widzę się codziennie. Nie będę tu wymieniał nikogo z imienia, bo to nie o to chodzi. w sobotę wypaliłem dwa szlugi i zasiadłem do pisania poprawy, wypaliłem jeszcze jednego i zacząłem pisać. Nie jest łatwo, nikt nie mówił że będzie. Nie wiem co z tego wyniknie, nie wiem czy zaliczę 3 rok, nie wiem czy nie rzucę tego za miesiąc w cholerę. Na razie nie rezygnuję a co będzie zobaczymy. Dziękuję wszystkim za wsparcie niech moc będzie z Wami!
P.S Okazało się że wiele osób czyta tego Bloga. Jeżeli chcecie coś napisać nie krępujcie się możecie to zrobić w komentarzach a nie przesyłać mi info na gadu.
P.S Okazało się że wiele osób czyta tego Bloga. Jeżeli chcecie coś napisać nie krępujcie się możecie to zrobić w komentarzach a nie przesyłać mi info na gadu.
czwartek, 8 stycznia 2009
czas na brzegu szklanki tkwi póki co...
czwartek, 8 stycznia 2009
Wczoraj stało się to czego tak naprawdę spodziewałem się już od dawna i mimo to nie zrobiłem nic aby temu zapobiec.
2,5 roku studiów na farcie to zbyt duży zbieg okoliczności, co więcej im dłużej ten fart trwa tym większe prawdopodobieństwo,
ze kiedyś to „oszustwo” wyjdzie na jaw. No i wczoraj wyszło, nawet runęło na mnie z góry. Tego, że nie zaliczę Klausury spodziewałem się, nawet byłem tego pewny. Zostałem zaproszony do osobnego pokoju, w którym dane mi już było zdawać egzaminy ze „Wstępu do Językoznawstwa” i „Fonetyki i Fonologii”. Tam odbył się sąd. Owczarek wraz z Teichfischerem powiedzieli wszystko co sam bardzo dobrze wiedziałem: „że mój niemiecki jest bardzo słaby”, „że mnie nie widzą na 4 roku”, „że nie wiedzą jak mi pomóc” „że nie wiadomo jak mam napisać poprawę bo wszystko jest źle”. Widziałem u nich autentyczną bezradność, bezradność która mnie jeszcze bardziej dobijała. Teichu zaproponował jakiś wyjazd do Niemiec, jakieś stypendium ale widać było po nim, że sam nie wierzy w to co mówi. Zabrałem swoją pracę, podziękowałem i wyszedłem. Nie mogłem mieć do nich żalu ani pretensji powiedzieli przecież to co sam już wiem…
Wróciłem do domu i spałem, obudziłem się i spałem dalej. Snem tego nazwać nie można, raczej swego rodzaju letargiem, bo jak można spokojnie wypoczywać gdy się usłyszało coś tak bolesnego. Może Frau Pawlik miała do mnie prawidłowe podejście, może naprawdę jest tak, że dopóki się mnie nie zmiesza z błotem to nic ze mnie nie będzie, do niczego nie dojdę, nic nie osiągnę. Nie wiem co teraz będzie.
Poddać się? Byłoby najłatwiej, niektórzy powiedzieliby, że to tchórzostwo ale z drugiej strony przyznać się do porażki to przecież żadna ujma. Znaleźć inny kierunek studiów, zmienić życie, zacząć pracę na cały etat, jest wiele możliwości. Walczyć? Zacząć zakuwać? Też można, przecież problem nie leży tak jak na pierwszym roku w braku czasu tylko w złej organizacji planu dnia i moim lenistwie. Wtedy jednak musiałbym znaleźć w sobie ogromne pokłady motywacji, motywacji której nigdy nie miałem i nigdy nie odnalazłem. Daje sobie czas do poniedziałku. Jutro nie idę na uczelnię. Na razie nie wyobrażam sobie wejścia do tego budynku po ostatniej kompromitacji. Jedno wiem na pewno, potrzebuję wsparcia, cholernego wsparcia. Potrzebuję przyjaciół przez duże „P”, którzy mnie wspomogą i zaakceptują każdą moją decyzję. „Czas na brzegu szklanki tkwi póki co…”
2,5 roku studiów na farcie to zbyt duży zbieg okoliczności, co więcej im dłużej ten fart trwa tym większe prawdopodobieństwo,
ze kiedyś to „oszustwo” wyjdzie na jaw. No i wczoraj wyszło, nawet runęło na mnie z góry. Tego, że nie zaliczę Klausury spodziewałem się, nawet byłem tego pewny. Zostałem zaproszony do osobnego pokoju, w którym dane mi już było zdawać egzaminy ze „Wstępu do Językoznawstwa” i „Fonetyki i Fonologii”. Tam odbył się sąd. Owczarek wraz z Teichfischerem powiedzieli wszystko co sam bardzo dobrze wiedziałem: „że mój niemiecki jest bardzo słaby”, „że mnie nie widzą na 4 roku”, „że nie wiedzą jak mi pomóc” „że nie wiadomo jak mam napisać poprawę bo wszystko jest źle”. Widziałem u nich autentyczną bezradność, bezradność która mnie jeszcze bardziej dobijała. Teichu zaproponował jakiś wyjazd do Niemiec, jakieś stypendium ale widać było po nim, że sam nie wierzy w to co mówi. Zabrałem swoją pracę, podziękowałem i wyszedłem. Nie mogłem mieć do nich żalu ani pretensji powiedzieli przecież to co sam już wiem…
Wróciłem do domu i spałem, obudziłem się i spałem dalej. Snem tego nazwać nie można, raczej swego rodzaju letargiem, bo jak można spokojnie wypoczywać gdy się usłyszało coś tak bolesnego. Może Frau Pawlik miała do mnie prawidłowe podejście, może naprawdę jest tak, że dopóki się mnie nie zmiesza z błotem to nic ze mnie nie będzie, do niczego nie dojdę, nic nie osiągnę. Nie wiem co teraz będzie.
Poddać się? Byłoby najłatwiej, niektórzy powiedzieliby, że to tchórzostwo ale z drugiej strony przyznać się do porażki to przecież żadna ujma. Znaleźć inny kierunek studiów, zmienić życie, zacząć pracę na cały etat, jest wiele możliwości. Walczyć? Zacząć zakuwać? Też można, przecież problem nie leży tak jak na pierwszym roku w braku czasu tylko w złej organizacji planu dnia i moim lenistwie. Wtedy jednak musiałbym znaleźć w sobie ogromne pokłady motywacji, motywacji której nigdy nie miałem i nigdy nie odnalazłem. Daje sobie czas do poniedziałku. Jutro nie idę na uczelnię. Na razie nie wyobrażam sobie wejścia do tego budynku po ostatniej kompromitacji. Jedno wiem na pewno, potrzebuję wsparcia, cholernego wsparcia. Potrzebuję przyjaciół przez duże „P”, którzy mnie wspomogą i zaakceptują każdą moją decyzję. „Czas na brzegu szklanki tkwi póki co…”
czwartek, 1 stycznia 2009
1,64
czwartek, 1 stycznia 2009
Najbardziej kulturalny sylwester ostatniego dziesięciolecia w moim wykonaniu. Trudno na jedną noc zostawić za sobą wszystkie problemy a jednak nieoczekiwanie tym razem się udało, co więcej być może zapomniałem o nich na dłużej. Dwa piwa to nie jest wynik imponujący jak na taką zabawę ale nadszedł nareszcie ten moment kiedy stopnia zadowolenia nie mierzę ilością alkoholu zawartego we krwi. To co zapamiętam to Plac Konstytucji, najbardziej wieśniacka muzyka świata czyli Feel, stado pijanych obywateli naokoło puszczających petardy w najmniej odpowiednich miejscach. Ludzie w innej czasoprzestrzeni, u których pozycja pionowa zaczyna się mieszać z poziomą. Masa szkła pod nogami, które przypomina iż nie ma to jak stare dobre glany. Wszystko to wiruje naokoło a w centrum ja i moje metr sześćdziesiąt cztery szczęścia...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

