Moja strona

czwartek, 29 stycznia 2009

if God is a DJ...

czwartek, 29 stycznia 2009
Muzyka jak żaden inny czynnik zewnętrzny ukształtowała moje życie a także w znacznym stopniu mój światopogląd. W mojej jaźni na stałe zadomowiły się trzy płyty, trzy albumy, które całkowicie mnie odmieniły. Mówię to z całą mocą i przekonaniem, że tak naprawdę było. Jest to po prostu muzyka wyznaczająca kamienie milowe mojego bytu.

1. The Offspring "Americana" Sony Columbia Records 1998

Pierwsza płyta, która oderwała mnie od muzyki typu Backstreet Boys, Britney Spears czy Spice Girls. Nie będę oryginalny jeśli powiem, że wszystko zaczęło się od "Pretty Fly" usłyszanego gdzieś w radiu. Potem już poszło. Pierwsza kaseta a potem stosunkowe powiększanie kolekcji. Nie uważam "Americany" za najlepszy album Offspringa, to miano moim zdaniem bezsprzecznie należy do "Smasha". Chodzi o to, że od tego momentu zaczyna się zupełnie inny rodzaj muzyki w moim życiu. Najzabawniejsze jest to, że na tej płycie znajduje się naprawdę jedna perełka, a mianowicie "Pay The Man", tylko że ja tego kawałka przez prawie 4 lata nie trawiłem, przewijałem go non stop. Chyba to jednak jest tak że do muzyki trzeba dorosnąć i tak się stało i tym razem. "Pay The Man" to utwór wybitny, a ja traktuje jego tekst jak gdyby odnosił się do Boga chociaż sam Offspring nigdy tego nie potwierdził. Majstersztyk.




2. Metallica "S&M" Elektra Records 1999

Metallica i San Francisco Symphony zagrali wspólnie 4 koncerty, dwa w San Francisco i dwa w Berlinie. Nie przypuszczali zapewne, że odmienią one zupełnie życie pewnego chłopca z Polski. Niektórzy twierdzą, że mam w domu ołtarzyk z tą płytą. Powiem tak, niewiele mi do tego brakuje. Album zasłyszany bodajże w 2003 roku na obozie w gimnazjum. Ta dwupłytówka kompletnie, całkowicie, nieodwracalnie przewróciła moje życie. Nigdy nie byłem już taki sam. Jeżeli Bóg się angażuje w tworzenie muzyki, to tutaj ten boski dotyk można poczuć. Czegokolwiek bym nie napisał i tak nie odda tego co czuje i co myślę słuchając jej. Dwie godziny monumentalnej, przepięknej muzyki. Każdy dźwięk nasyca moją duszę, każdy riff jest wypieszczony do granic perfekcji.To początek mojej przygody z Metallicą, przygody która nigdy się nie skończy. Gdybym mógł zdecydować co mogę zabrać ze sobą do grobu albo na bezludną wyspę to byłby ten album. Gdybym kiedyś tej muzyki nie usłyszał na pewno nie byłbym tym kim jestem dzisiaj, na 200%. Utwór "No Leaf Clover" napisany specjalnie na tą płytę, specjalnie pod orkiestrę. Usiądźcie i posłuchajcie. Warto bo takich rzeczy dwa razy w życiu się nie tworzy.




3. Coma "Pierwsze Wyjście z Mroku" BMG Poland 2004

Ostatnio liczyłem na ilu koncertach Comy już byłem i wyszło mi że na 11. To już podchodzi po chorobę. Zostałem "zarażony" przez "Pierwsze Wyjście z Mroku" jeszcze w liceum. Gdyby chodziło o samą muzykę to nie byłoby nic dziwnego ale to co w Comie najpiękniejsze to teksty. Ludzi, którzy usłyszeli ten zespół dzieli się na tych, którzy ich kochają i na tych którzy ich nienawidzą. Wywołują maksymalnie skrajne emocje u słuchaczy. Niektórzy zarzucają ich twórczości, że jest depresyjna inni że to grafomaństwo. Ja wiem tylko, że życia bez Comy sobie nie wyobrażam. Specjalnie dla was "Czas Globalnej Niepogody"


poniedziałek, 26 stycznia 2009

moja nacja moja tonacja

poniedziałek, 26 stycznia 2009
No i zaczęło się kolejne leczenie naszych narodowych kompleksów. Jak to zazwyczaj bywa przy jakiejś większej imprezie sportowej, na której Polacy mają szansę zaistnieć, cały kraj trzyma kciuki i nie bierze nawet pod uwagę możliwości porażki. Tak jest i w przypadku chorwackich mistrzostw świata w piłce ręcznej. No i tu niestety rodacy się rozczarowali, bo mimo całkiem udanych występów w pierwszej fazie turnieju, nasi „szczypiorniści” znaleźli się co prawda w kolejnym etapie mistrzostw ale bez żadnych punktów. W tym momencie do akcji wkroczyli polscy pseudo dziennikarze. Litry pomyj wylewane na naszą reprezentację starczyłyby na cały rok dla wszystkich naszych krajowych drużyn. Blamaż i porażka dwa słowa pojawiające się nieustannie w mediach. Dodatkowe nieszczęście naszych chłopców polegało na tym, że przegrali z Niemcami, a z Deutschlandem jak wiadomo przegrać nie można, bo to co najmniej tak jakby zbezcześcić 1410 i Bitwę pod Grunwaldem, nie wspominając o 1939 i Westerplatte. Taka już nasza cecha charakterystyczna, że jak słyszymy Niemiec, to biegniemy po karabin dziadka do piwnicy. Ja patrzę na to trochę z innej perspektywy ale to z racji mojego kierunku studiów i całkiem możliwe że gdybym studiował coś innego to reagowałbym podobnie. W tym całym zamieszaniu niesamowitą trzeźwością umysłu wykazała się Bogdan Wenta. Podał argument, którego nasze dziennikarzyny nie były wstanie dostrzec. Handball to w Niemczech sport narodowy a jak w Reichu coś jest sportem narodowym tzn, że nakłady na ten sport są nieporównywalnie większe niż w Polsce (generalnie to nakłady na każdy sport w Niemczech są zdecydowanie większe niż u nas). My jesteśmy vice mistrzami świata, ale czy przez 2 ostatnie lata coś się zmieniło jeżeli chodzi o halę, drużyny cokolwiek? W związku z tym my z Niemcami możemy wygrać od czasu do czasu jak nam się uda, ale na pewno nie regularnie. Sport jak żadna inna dziedzina życia jest wymierna. I tak oto po tygodniu zmagań szansę na półfinał pozostały iluzoryczne…
Jakieś 48 godzin później dziennikarze mogli się powoli całować w dupę. Nastroje po weekendzie zmieniły się diametralnie. Drużyna jak żadna inna nasza reprezentacja pokazała że ma jaja. Mogli się położyć ale nie zrobili tego, zagrali dwa wyśmienite spotkania pokonując bezsprzecznie Danię i Serbię.Jutro gramy z Norwegią, jeżeli wygramy a jednocześnie w meczu Niemcy-Dania nie padnie remis będziemy walczyć o medale. Gazety powoli zaczynają znowu „pompować balon” oczywiście zapominając o tym co pisały jeszcze w piątek. Ja trzymam za naszych niesamowicie kciuki, trzymam dlatego żeby pokazali, że dopóki piłka w grze wszystko jest możliwe…

P.S Aha jak zdobędziemy mistrza to tych wszystkich pożal się Boże dziennikarzy powinni do redagowania gazetki Auchan zatrudnić...

czwartek, 22 stycznia 2009

pozycja embrionalna

czwartek, 22 stycznia 2009
Okazało się, że moje 1,64 szczęścia już nie chce nim być. Cóż są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Ostatnie pół roku mojego życia staje się powoli historią. Czy mi przykro? Tak cholernie. Generalnie to nie wiem w co ręce włożyć. Moje życie na dzień dzisiejszy to obraz nędzy i rozpaczy. Jakby odbyła się w nim jakaś bitwa i zwłok jeszcze nie pogrzebano. I teraz postawcie się w mojej sytuacji. Jakieś postanowienia noworoczne, motywacja do poprawienia sytuacji na studiach, chęć do zrobienia czegokolwiek, wszystko przepadło. Najgorsze jest to że jakby nie widzę jakiegoś świetlistego punktu bądź celu do którego bym zmierzał. Sen, studia, praca, jedzenie, sen, studia, praca jedzenie, sen. Podtrzymywanie funkcji życiowych w sensie czysto biologicznym to chyba trochę mało. Zawsze było coś pozytywnego czego się mogłem złapać w razie czego, teraz niestety czegoś takiego brak. Wszystko rąbnęło jak domino. Najchętniej to bym się uśpił na jakiś miesiąc i zobaczył czy po przebudzeniu wróci mi chęć do życia. Tak właściwie to po co pracujemy, studiujemy itp itd przecież i tak kiedyś zemrzemy i wcale nie mamy pewności czy nas jutro na skrzyżowaniu autobus nie potrąci. Vanitas vanitatum et omnia vanitas...

niedziela, 18 stycznia 2009

You're a woman, I'm a man

niedziela, 18 stycznia 2009
Przyjaźń damsko - męska to coś w co nie wierzę. Dojście do tego wniosku zajęło mi trochę czasu. Swoje zdanie postaram się rzeczowo umotywować, nie odbierając jednocześnie nikomu prawa do własnej opinii w tej kwestii. Przyjaciel to słowo w dzisiejszych czasach zdecydowanie nadużywane. Musimy sobie zdać sprawę z tego, że jeżeli ktoś dziś ma jednego przyjaciela to jest szczęściarzem, jeśli dwóch to tak jakby wygrał milion w totka. Przyjaciele w większej ilości w życiu po prostu nie występują. Mamy naturalnie znajomych, dobrych znajomych, kolegów (koleżanki), kumpli (kumpele) ale przyjaciel to jednak ktoś wyjątkowy jedyny w swoim rodzaju. Ja swego czasu w liceum bardzo styrałem słowo "przyjaciel", odebrałem mu rangę, upowszechniłem w swoim życiu. Mimo to mogę z całą pewnością stwierdzić, że byłem wtedy milionerem gdyż z tamtych czasów wyniosłem na pewno dwójkę przyjaciół. Niestety jeden z nich był rodzaju żeńskiego. I tu zaczynają się schody. Przyjaciel to osoba, która wie o wszystkim, rozumie Cię najlepiej na świecie i możesz z nią pogadać dosłownie na każdy temat. Nie ma żadnej krępacji ani wstydu przy rozmowach. Nie wyobrażasz sobie życia bez tej osoby. No ale skoro ta persona już jest twoim przyjacielem, twoim alter ego i rozumie Cię czasem bez słów, co więcej jest płci przeciwnej (co w tym kontekście nie jest bez znaczenia)to czemu nie spróbować czegoś więcej? Skoro jest to Tobie najbliższa osoba to czemu nie miałaby być jeszcze bliższa? Są dwie odmienne opinie na ten temat: pierwsza, że to pójście po najmniejszej linii oporu, druga stwierdza, że taka jest po prostu naturalna kolej rzeczy. Ja miałem to szczęście/nieszczęście zaryzykować przyjaźń i postawić wszystko na jedną kartę. Z perspektywy czasu niczego nie żałuje, nie żałuje, bo życie idzie naprzód. Ziemia od tamtego czasu nie przestała się kręcić, słońce wschodzi co rano a co najważniejsze mam teraz swoje 1,64 szczęścia, szczęścia, które z patrząc z tamtej perspektywy czasowej było dla mnie bardzo odległe. Oczywiście Twoja dziewczyna może stać się jednocześnie Twoim przyjacielem, ale nigdy w drugą stronę. Dlatego staram się mieć teraz w swoim życiu sytuacje jasne i klarowne. Nie należy zapominać o całej masie kumpeli. Kumpela to słowo bardzo uniwersalne, posiada szersze znaczenie niż koleżanka i jednocześnie nie jest obarczone taką odpowiedzialnością jak słowo przyjaciel. Na pewno na studiach posiadam co najmniej jedną kumpele a i z liceum by się jedna znalazła (tak mówię o Tobie właścicielko pożyczonej i nie oddanej książki :))Aha byłbym zapomniał, z tej dwójki przyjaciół z L.O ostał się Maciek. Ja nie jestem gejem on też nie, więc naszej przyjaźni nic nie grozi, no chyba że wyjedzie jeszcze dalej to wtedy skopie mu tyłek. A wasze zdanie na temat przyjaźni damsko - męskiej jakie jest?

czwartek, 15 stycznia 2009

halo, witam, dzień dobry

czwartek, 15 stycznia 2009
Burdel w moim pokoju przekroczył wszelkie możliwe granice. Najdziwniejsze jest to, że w sumie ostatnio w domu tylko śpię więc nawet nie mam czasu bałaganić a jednak na mojej podłodze można odnaleźć wszelkie skarby świata nie wyłączając kserówek ze studiów wymieszanych z tysiącem przegranych, oczywiście nie podpisanych, płyt. Dziw bierze że mój notebook w ogóle je jeszcze odczytuje, a przekonałem się o tym wczoraj gdy postanowiłem w nich trochę posprzątać. Nie myślcie sobie, że to taka spontaniczna decyzja.W moim życiu nic nie dzieje się bez przyczyny i sam z siebie nigdy nie sprzątam. Prawda jest taka że po prostu szukałem innej płyty. W tym celu musiałem przegrzebać około 30 sztuk maksymalnie porysowanych CDków. Tego czego szukałem oczywiście nie odnalazłem (zawsze tak jest) ale za to mnóstwo innych ciekawych rzeczy wpadło mi w ręce:
Po pierwsze: Płyta ze zdjęciami ze ślubu mojej siostry. Szukali jej z Jarkiem jakiś tydzień czasu aż w końcu poprosili fotografów o dosłanie nowej. Nie ma to jak młodszy brat. Aha przy oddawaniu obyło się bez bicia tym razem :)
Po drugie: Jakimś cudem odnalazłem mnóstwo innych płyt mojej siostry, których kiedyś szukała i porzuciła już dawno nadzieję na ich odnalezienie. Nie wiem jakim cudem ale większość była u mnie.
Po trzecie: Płyta perełka – kto pamięta jak robiłem przez 3 ostatnie dni w liceum zdjęcia i wkurzałem tym wszystkich naokoło?
Odnalazłem to cudo, jak przeglądałem to morda sama mi się cieszyła :) Posegreguję i coś wrzucę.
Po czwarte: Płyta „Studniówka i Kołbiel” Kto ma wiedzieć ten wie :) Klaudia, Emila, Marta i moja skromna osoba w przygotowaniach do matury czyli piwo do oporu i oglądanie rano „Lalki” na kacu.
Po piąte: Całe mnóstwo muzyki nagrywanej przeze mnie. Już dawno jej szukałem ale nigdy nie było mi dane jej znaleźć.
Podsumowując warto czasem czegoś szukać, bo przy okazji można znaleźć coś innego.
Tak w ogóle to siedzę teraz w pracy i jak zwykle intensywnie pracuje a Robert (jako stały czytelnik bloga) dopomina się żebym coś o nim napisał, cytuję: „Ty Polonista napisz coś o mnie”. A więc Robert jest wiernym kibicem CWKSu. Codziennie odpicowany w inny ciuszek jest "gwiazdą" naszego działu, jak to kiedyś Kasia ujęła. Wiecznie mi dogryza ale jakby wszyscy Legioniści prezentowali taki poziom i kulturę dogryzania jak on to dałoby się wytrzymać. Aktualnie się opiernicza, tzn udaje, że pracuje. Wspólnie z Robertem podziwiamy inteligencję jednej z naszych koleżanek z pracy, będzie bez imion i nazwisk, bo i tak każdy wie o kogo chodzi :) Czasem mam ochotę się powiesić jak obserwuje jej poczynania ale tolerancja zawsze była moją mocną stroną. Czas wracać do roboty, już słyszę koło siebie „Halo, witam, dzień dobry”

niedziela, 11 stycznia 2009

ich will

niedziela, 11 stycznia 2009
W piątek nie zrobiłem nic, no może poza ogarnięciem pokoju i burdelu w nim panującego. Cały czas myślałem o tym co robić iść dalej czy olać, żadnej konkretnej odpowiedzi nie wymyśliłem. Nagle w piątek wieczorem na gg zaczęło spływać mnóstwo wiadomości (nawet nie wiedziałem, że tyle osób czyta moje wypociny).Wszyscy mówili, że mam się nie poddawać itp itd. Odzywały się do mnie osoby, z którymi kontaktów już praktycznie nie utrzymuje i takie z którymi widzę się codziennie. Nie będę tu wymieniał nikogo z imienia, bo to nie o to chodzi. w sobotę wypaliłem dwa szlugi i zasiadłem do pisania poprawy, wypaliłem jeszcze jednego i zacząłem pisać. Nie jest łatwo, nikt nie mówił że będzie. Nie wiem co z tego wyniknie, nie wiem czy zaliczę 3 rok, nie wiem czy nie rzucę tego za miesiąc w cholerę. Na razie nie rezygnuję a co będzie zobaczymy. Dziękuję wszystkim za wsparcie niech moc będzie z Wami!

P.S Okazało się że wiele osób czyta tego Bloga. Jeżeli chcecie coś napisać nie krępujcie się możecie to zrobić w komentarzach a nie przesyłać mi info na gadu.

czwartek, 8 stycznia 2009

czas na brzegu szklanki tkwi póki co...

czwartek, 8 stycznia 2009
Wczoraj stało się to czego tak naprawdę spodziewałem się już od dawna i mimo to nie zrobiłem nic aby temu zapobiec.
2,5 roku studiów na farcie to zbyt duży zbieg okoliczności, co więcej im dłużej ten fart trwa tym większe prawdopodobieństwo,
ze kiedyś to „oszustwo” wyjdzie na jaw. No i wczoraj wyszło, nawet runęło na mnie z góry. Tego, że nie zaliczę Klausury spodziewałem się, nawet byłem tego pewny. Zostałem zaproszony do osobnego pokoju, w którym dane mi już było zdawać egzaminy ze „Wstępu do Językoznawstwa” i „Fonetyki i Fonologii”. Tam odbył się sąd. Owczarek wraz z Teichfischerem powiedzieli wszystko co sam bardzo dobrze wiedziałem: „że mój niemiecki jest bardzo słaby”, „że mnie nie widzą na 4 roku”, „że nie wiedzą jak mi pomóc” „że nie wiadomo jak mam napisać poprawę bo wszystko jest źle”. Widziałem u nich autentyczną bezradność, bezradność która mnie jeszcze bardziej dobijała. Teichu zaproponował jakiś wyjazd do Niemiec, jakieś stypendium ale widać było po nim, że sam nie wierzy w to co mówi. Zabrałem swoją pracę, podziękowałem i wyszedłem. Nie mogłem mieć do nich żalu ani pretensji powiedzieli przecież to co sam już wiem…
Wróciłem do domu i spałem, obudziłem się i spałem dalej. Snem tego nazwać nie można, raczej swego rodzaju letargiem, bo jak można spokojnie wypoczywać gdy się usłyszało coś tak bolesnego. Może Frau Pawlik miała do mnie prawidłowe podejście, może naprawdę jest tak, że dopóki się mnie nie zmiesza z błotem to nic ze mnie nie będzie, do niczego nie dojdę, nic nie osiągnę. Nie wiem co teraz będzie.
Poddać się? Byłoby najłatwiej, niektórzy powiedzieliby, że to tchórzostwo ale z drugiej strony przyznać się do porażki to przecież żadna ujma. Znaleźć inny kierunek studiów, zmienić życie, zacząć pracę na cały etat, jest wiele możliwości. Walczyć? Zacząć zakuwać? Też można, przecież problem nie leży tak jak na pierwszym roku w braku czasu tylko w złej organizacji planu dnia i moim lenistwie. Wtedy jednak musiałbym znaleźć w sobie ogromne pokłady motywacji, motywacji której nigdy nie miałem i nigdy nie odnalazłem. Daje sobie czas do poniedziałku. Jutro nie idę na uczelnię. Na razie nie wyobrażam sobie wejścia do tego budynku po ostatniej kompromitacji. Jedno wiem na pewno, potrzebuję wsparcia, cholernego wsparcia. Potrzebuję przyjaciół przez duże „P”, którzy mnie wspomogą i zaakceptują każdą moją decyzję. „Czas na brzegu szklanki tkwi póki co…”

czwartek, 1 stycznia 2009

1,64

czwartek, 1 stycznia 2009
Najbardziej kulturalny sylwester ostatniego dziesięciolecia w moim wykonaniu. Trudno na jedną noc zostawić za sobą wszystkie problemy a jednak nieoczekiwanie tym razem się udało, co więcej być może zapomniałem o nich na dłużej. Dwa piwa to nie jest wynik imponujący jak na taką zabawę ale nadszedł nareszcie ten moment kiedy stopnia zadowolenia nie mierzę ilością alkoholu zawartego we krwi. To co zapamiętam to Plac Konstytucji, najbardziej wieśniacka muzyka świata czyli Feel, stado pijanych obywateli naokoło puszczających petardy w najmniej odpowiednich miejscach. Ludzie w innej czasoprzestrzeni, u których pozycja pionowa zaczyna się mieszać z poziomą. Masa szkła pod nogami, które przypomina iż nie ma to jak stare dobre glany. Wszystko to wiruje naokoło a w centrum ja i moje metr sześćdziesiąt cztery szczęścia...
 
wola istnienia... © 2008. Design by Pocket