Wczoraj stało się to czego tak naprawdę spodziewałem się już od dawna i mimo to nie zrobiłem nic aby temu zapobiec.
2,5 roku studiów na farcie to zbyt duży zbieg okoliczności, co więcej im dłużej ten fart trwa tym większe prawdopodobieństwo,
ze kiedyś to „oszustwo” wyjdzie na jaw. No i wczoraj wyszło, nawet runęło na mnie z góry. Tego, że nie zaliczę Klausury spodziewałem się, nawet byłem tego pewny. Zostałem zaproszony do osobnego pokoju, w którym dane mi już było zdawać egzaminy ze „Wstępu do Językoznawstwa” i „Fonetyki i Fonologii”. Tam odbył się sąd. Owczarek wraz z Teichfischerem powiedzieli wszystko co sam bardzo dobrze wiedziałem: „że mój niemiecki jest bardzo słaby”, „że mnie nie widzą na 4 roku”, „że nie wiedzą jak mi pomóc” „że nie wiadomo jak mam napisać poprawę bo wszystko jest źle”. Widziałem u nich autentyczną bezradność, bezradność która mnie jeszcze bardziej dobijała. Teichu zaproponował jakiś wyjazd do Niemiec, jakieś stypendium ale widać było po nim, że sam nie wierzy w to co mówi. Zabrałem swoją pracę, podziękowałem i wyszedłem. Nie mogłem mieć do nich żalu ani pretensji powiedzieli przecież to co sam już wiem…
Wróciłem do domu i spałem, obudziłem się i spałem dalej. Snem tego nazwać nie można, raczej swego rodzaju letargiem, bo jak można spokojnie wypoczywać gdy się usłyszało coś tak bolesnego. Może Frau Pawlik miała do mnie prawidłowe podejście, może naprawdę jest tak, że dopóki się mnie nie zmiesza z błotem to nic ze mnie nie będzie, do niczego nie dojdę, nic nie osiągnę. Nie wiem co teraz będzie.
Poddać się? Byłoby najłatwiej, niektórzy powiedzieliby, że to tchórzostwo ale z drugiej strony przyznać się do porażki to przecież żadna ujma. Znaleźć inny kierunek studiów, zmienić życie, zacząć pracę na cały etat, jest wiele możliwości. Walczyć? Zacząć zakuwać? Też można, przecież problem nie leży tak jak na pierwszym roku w braku czasu tylko w złej organizacji planu dnia i moim lenistwie. Wtedy jednak musiałbym znaleźć w sobie ogromne pokłady motywacji, motywacji której nigdy nie miałem i nigdy nie odnalazłem. Daje sobie czas do poniedziałku. Jutro nie idę na uczelnię. Na razie nie wyobrażam sobie wejścia do tego budynku po ostatniej kompromitacji. Jedno wiem na pewno, potrzebuję wsparcia, cholernego wsparcia. Potrzebuję przyjaciół przez duże „P”, którzy mnie wspomogą i zaakceptują każdą moją decyzję. „Czas na brzegu szklanki tkwi póki co…”
czwartek, 8 stycznia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarze:
Kubuś nie ma co się poddawać, weź się w garść i dasz radę:). Szkoda "zmarnować" twoje poświęcenie dla sprawy - w końcu ciągniesz już od dawna i szkołę i pracę i jak dotąd świetnie szło. Więc nie ma co sie teraz poddawać, zresztą wierzę w to że Tobie się uda. Ale jeśli jednak postanowisz inaczej to zrozumiem Ciebie doskonale
Trzymaj się Puchatku ;) (wiem, wiem naraziłam się śmiertelnie ;P)
Prześlij komentarz