środa, 14 kwietnia 2010
sobota, 13 marca 2010
Tylko nie Polka...
sobota, 13 marca 2010
-„Erasmus orgasmus, mówię Ci. Obejrzyj się naokoło i zobacz ile tu dziewczyn. Każda może być Twoja, każda ale nie Polka. Pamiętaj ja mam tutaj taką zasadę, żadnej Polki. Nie po to wyjechałem na Erasmusa, żeby z rodaczką kręcić. Poza tym będziesz miał z tym potem same problemy, zobaczysz” Sebastian spojrzał na Adama z ukrywanym zdumieniem. Wyselekcjonował go specjalnie z castingu na drugą osobę po Justynie, z którą zagada, bo sprawiał niepozorne wrażenie. Okulary na nosie, jakieś jeansy i zwykły T-shirt. Na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniający się facet. A wygrał z nie byle kim. W selekcji brały również 3 dziewczyny z Poznania, których imion jeszcze nie znał. Przegrały z dwóch względów. Po pierwsze cały czas głośno gadały, po drugie odkąd je pierwszy raz zobaczył dnia poprzedniego, nigdy nie były oddzielnie. Były jak trojaczki, które połączone są ze sobą fizycznie i psychicznie a każda próba ich rozdzielenia skończyłaby się śmiercią całej grupy. Ciężko wbijać się facetowi w grupę 3 dziewczyn, które już się znają, dlatego odpuścił, może później. Tak więc podbił do Adama i wydawało się być to strzałem w dziesiątkę. Adam Słowik był również z Warszawy, co prawda inna uczelnia ale stolica to zawsze stolica. Podchodzili właśnie do kolejnego hipermarketu w ramach wycieczki „Co gdzie jest i co gdzie kupować” i wtedy Adam objawił Sebastianowi swoją filozofię życiową. Teraz Seba miał zgryz. Nie wiedział za bardzo co odpowiedzieć, nie chciał wyjść na idiotę, ale jednocześnie wiedział, że diametralnie różnią się w podejściu do pewnych spraw ze Słowikiem. Najlepszym wybrnięciem z niezręcznej sytuacji było –„Aha”. –„A ty co taki rozgadany jesteś, w związku jakimś tkwisz czy jak?” –„Nie nie tkwię, ale jestem tu drugi dzień dopiero i jeszcze nie patrzyłem na mój pobyt tutaj z tej perspektywy” –„Ty, no to z jakiej perspektywy na to patrzyłeś? Patrz, Czeszki, Słowaczki, Francuzki – jest w czym wybierać. Nawet te Polki niczego sobie”, tu odwrócił się znacząco w stronę Poznanianek, ale na tyle dyskretnie, że zauważył to tylko Seba, „Ale pamiętaj, o Polkach lepiej zapomnij.” –„Dobra, postaram się pamiętać twoje motto, a tak zmieniając temat, co studiujesz? –„BWL, a Ty?” –„Germanistykę” –„No to już wiem kto z nas dwóch będzie prowadził ożywione rozmowy z Erasmuskami” –„No nie wiem” – „O widzę, że kolega cicha woda, spoko, w razie czego będę uderzał do Ciebie po jakieś romantyczne zwroty po niemiecku” Seba rozejrzał się dookoła i zastanawiał się jak to jest możliwe, że jeszcze nikt ich nie usłyszał. Gadali dość głośno na temat dziewczyn a nikt nie zwracał na nich uwagi. Poznanianki paplały w najlepsze między sobą, reszta Polaków też jakby zajęta była konwersacją - pozostałe nacje ich nie rozumiały. „Tu skończymy nasze oprowadzanie, jeśli chcecie zrobić jakieś zakupy to zapraszam. Z resztą widzimy się wieczorem” wykrzyczała tutorka –„Masz wszystko?” – spytał Seba –„Przydałoby mi się parę produktów codziennego użytku” –„Np, papier toaletowy?” –„No coś w tym stylu”. Po 5 minutach wyszli z Aldiego, a każdy tachał pod pachą paczkę tego jakże cennego produktu. Ruszyli w kierunku akademików. –„Patrz widzisz te dwie przed nami?” –„No” –„Dajesz podbijamy, one też są na Erasmusie, Czeszki chyba. Powiem Ci niczego sobie.” –„Przypominam Ci, że mamy papier toaletowy pod pachą” –„Eee tam, pierwsze koty za płoty”. Sebastian spojrzał na Adama –„A co mi tam” – pomyślał. To był nieudany podryw, bardzo nieudany.
niedziela, 7 marca 2010
Czerwone światło
niedziela, 7 marca 2010
-„A więc wciąż twierdzisz, że mnie nie ma?” –„Nie, gwoli ścisłości powiedziałem to tylko pare razy po pijaku. Ja po prostu z Tobą nie rozmawiam, dobrze wiesz dlaczego. Po zatym to, że właśnie teraz z Tobą rozmawiam w tym miejscu w pewien sposób potwierdza moją teorię, że już dawno przestałeś się mną interesować i mało Cię obchodzę” –„Sebastian, jak się przechodzi na czerwonym świetle, to się trzeba liczyć z konsekwencjami. Wiesz dobrze, że ja Cie całe życie za rękę prowadzić nie będę. O ciągłym głaskaniu po głowie, też możesz zapomnieć”. –„A kiedy Ty mnie ostatnio po głowie głaskałeś? Oddałem Ci świadomie 10 lat mojego życia i co z tego mam? Nic, kompletnie nic. Więc nie mów mi proszę nic o głaskaniu po głowie i trzymaniu za rękę i tak nigdy tego nie robiłeś” –„Nie zamierzam Ci niczego w tym momencie udowadniać. Sam zrozumiesz kiedyś pewne sprawy, dorośniesz do nich, zaakceptujesz. Przyjmiesz do wiadomości to, że jesteś jaki jesteś, to że nie będziesz kimś innym. I nie chodzi tu o to, że się nie zmienisz na lepsze, bo do tego jesteś zdolny. Zmieniając się nie możesz stać się jednak kimś innym, zmieniając się jednocześnie musisz pozostać sobą, ot taki paradoks” –„No proszę jak Ty się lubujesz w skomplikowanych sytuacjach i w rzucaniu kłód pod nogi. Przecież i tak czegokolwiek bym nie zrobił, to zawsze się w jakiś sposób wpieprzysz i dorzucisz swoje 3 grosze. Myślisz, że ja tego nie widzę. Czekasz tylko żeby coś mi się nie udało. Wbrew obiegowej opinii, że robisz to wszystko dla naszego dobra sprawia Ci to chyba jednak trochę satysfakcji. Bawisz się trochę nami jak lalkami, nie sądzisz, że to nie fair? –„To nie ja pociągam za sznurki, wy sami za nie ciągniecie, szczególnie Ty. Nie zważasz na to czy zbyt mocne szarpnięcie Cię nie rozerwie. Powiedzmy sobie uczciwie twoje zawsze musi być na wierzchu. –„A nie możesz mi po prostu dać żyć po swojemu? Przecież nikogo nie morduje, czasem tylko ktoś przeze mnie płacze, ale to się chyba zdarza każdemu” –„Przecież to że jesteś teraz gdzie jesteś to jest efekt Twoich decyzji, nie moich. Twoje studia, twoje kontakty z dziewczynami, ze znajomymi, twoje problemy – to efekt twojej pierdołowatości i lenistwa. Nie zwalaj proszę wszystkiego na mnie” –„Przez Ciebie taki jestem, więc zwalam na Ciebie” –„Nie przeze mnie, tylko dzięki mnie mój drogi. Ja nigdy nie mówiłem, że jesteś doskonały, nie musisz być. Tylko przekonaj do tego sam siebie. Jakie Twoje życie byłoby nudne gdybyś nie musiał w nim nic zmieniać. A właśnie a propos życia to chyba mamy mały problem. –„Po czym wnioskujesz? Po tym, że nie wracam do domu tylko gadam tu z Tobą?” –„Też, ale bardziej mnie martwi to namacalne czyli Twoje ciało na ulicy, bo teoretycznie jesteś martwy” –„Nie teoretycznie tylko praktycznie, inaczej bym tu z Tobą nie rozmawiał” –„I tak i nie. Twoje serce nie pracuje. Aktualnie z tego co widzę na dole jedzie do Ciebie karetka. Zasadniczo nie masz szans, ale mógłbym coś z tym zrobić. –„Czyli, że co oferujesz mi jeszcze jedną szanse jak w amerykańskim filmie? Wrócę pod postacią psa i będę ratował ludzkość czy jak?” –„Nie ten amerykański badziew przekłamuje całą sytuacje, nigdy nikogo nie odsyłam pod inną postacią. Uważam to za mało oryginalne i jeszcze mniej uczciwe. Powiedzmy, że Cie odratują z moją niewielką pomocą. Tylko, że Ty musisz najpierw tego chcieć. –„A jaką masz gwarancje, że jak wrócę to zacznę z Tobą rozmawiać? –„Żadnej. I tak nie będziesz pamiętał nic z tego co tu zaszło. Większość z tych co pamiętają ląduje w wariatkowie, a ja nie chciałbym Ci tego robić” –„To ja już nic nie rozumiem. Uśmiercasz mnie, robisz mi wywód z którego nic nie zapamiętam i odsyłasz mnie z powrotem. Nudzi Ci się tutaj, mało głodu i chorób na świecie? –„Z tego co kojarzę lubisz podróżować?” –„A co to ma do rzeczy, że zapytam nieśmiało?” –„Powiedzmy, że stawiam Ci podróż życia. Tak w ramach odpoczynku po tym jak Cię prawie ze studiów wywalą” –„Mnie? Przecież na razie daje radę.” –„Na razie synu, na razie dajesz radę. To co chcesz wracać? Ja Cię do tego nie zmuszę. Pytanie zamknięte, odpowiedź tak lub nie” –„Chyba tak” –„Zła odpowiedź, tak czy nie?” –„Tak” –„No dobra czyli to mamy obgadane. Aha, jeszcze dwie sprawy, pierwsza organizacyjna: od czasu do czasu pozwolę sobie pogadać z Tobą we śnie ale i tak nie będziesz potem niczego pamiętał” –„Super, już się cieszę. A ta druga?” –„Ty weź nie przyłaź do mnie za każdym razem jak poznasz jakąś fajną dziewczynę. Ja wiem, że one są wszystkie rewelacyjne ale ja za Ciebie i tak nic nie zrobię. Umówmy się tak, przyjdziesz jak będziesz pewny, bez cienia wątpliwości, że się zakochałeś, że na całe życie i takie tam inne pierdoły” –„I co pomożesz wtedy?” –„Nie, wtedy pogadamy” -„A skąd będę wiedział? –„Po prostu będziesz” –„Ale przecież ja zaraz o tym wszystkim zapomnę” –„Żeby do mnie przyjść nie będziesz musiał pamiętać tej rozmowy”.
Poznańska Wiara
Tunel A4 za Zgorzelcem. Za szybą samochou widać tylko migające światła w ciemności, zdające się odmierzać pokonaną odległość między Warszawą a Bambergiem. Sebastian przygłasza Radio, jest 4 nad ranem, nie chce żeby jego ojciec zasnął za kierownicą. Muzyka jest w tym momencie jedynym i najlepszym rozwiązaniem. Nastawione akurat niemieckie radio,z którego płynie „99 Luftbaloons”. Seba czuje dreszcz na plecach. Jeszcze tydzień temu nie był pewny czy wyjedzie, czy uda mu się wszystko wyprostować, czy w ogóle będzie miał do czego wracać. Ostatni rok to pasmo niekończących się porażek, osobistych, zawodowych i mentalnych. Gdyby nie paru ludzi, którzy go wyprostowali siedziałby pewnie teraz w pracy i przygotowywał się do powtarzania 3 roku. Ale stał się cud, cud o jakich przeczytać można w biografiach znanych osób, które zwierzają się jak to im ciężko w życiu było i jak musieli zagryzać zęby, walczyć o swoje i iść do przodu. Seba również musiał poczuć smak piachu w ustach. Z logicznego punktu widzenia jego walka nie miała najmniejszego sensu. Siedział w bagnie po uszy, a każda próba naprawiania czegokolwiek powodowała, że jeszcze głębiej się w nim zanurzał. Ale przyszły te dwa wakacyjne miesiące, które wakacyjnymi były tylko z nazwy i decyzja, że jednak podejmie rękawice. „Jeśli ma się nie udać, to się nie uda, ale zawsze trzeba przegrać po walce” – myślał wtedy. Ostatni egzamin zdał na 3 dni przed wyjazdem. Większość formalności załatwiał w ciemno, nie wiedząć czy wyjedzie czy nie. Gdy oddawał indeks do sekretariatu, sam trochę niedowierzał, że się udało. Chciał to ze wszystkimi obgadać, nacieszyć się. Nie było na to czasu. Zaczęło się pakowanie, resztka papierkowej roboty i to przeczucie, że jednak cholernie nie chce wyjeżdzać. Ledwo co skończył wszystko prostować a teraz nawet nie może spokojnie się tym ponapawać. Szalone życie, szalone tempo przemijania. I tak oto jechał właśnie przez były DDR, mając w głowie tysiące myśli na sekunde. To co było przed nim jawiło się jako nieznane, ostatnie miesiące przeszłości należały do straconych, tylko teraźniejszość dawała jako takie poczucie bezpieczeństwa, poczucie bezpieczeństwa zagłuszane przez tysiące myśli.
Za oknem zaczęło świtać. Jechał autostradą z myślą, że w pewien sposób historia zatacza krąg. Przecież jego tata, też kiedyś w tych okolicach mieszkał i pracował, przecież on sam jako małe dziecko spędził tu połowę swojego życia. - „Chcesz kanapke?” -„Nie dzięki” „Już niedługo będziemy, pomóc Ci w czymś. Co Ty tam masz w ogóle załatwić?” – zapytał Tata -„Lepiej zapytaj czego nie mam załatwić. Otworzyć konto w banku, zameldować się, odebrać klucze od pokoju, podpisać kilka dokumentów.” - „To może pójdę z Tobą do tego banku?” - „Ojciec jestem na 4 roku Germy, jeśli nie potrafię sam otworzyć konta w banku, to po co tam w ogóle jadę. Dam sobie radę” Sama myśl o tym, że będzie musiał mówić po niemiecku doprowadzała go do odruchów wymiotnych. Dwa ostatnie miesiące to było nieustanne rycie. A teraz to wszystko tak naprawdę było o kant dupy potłuc, bo nikt go nie będzie tam pytał, gdzie się stawia przecinki, a gdzie nie. Wyrzucą w jego kierunku w banku na pewno potok słów, a on biedak będzie ogarniał co drugie słowo. –„Tato stań, zróbmy przerwe na papierosa. Bamberg nie ucieknie.” Zawsze pamiętał ważne papierosy w swoim życiu i ten na parkingu A4 na pewno do nich należał. Wysiedli obaj z samochodu i zapalili. Nie rozmawiali ze sobą. Są takie chwile kiedy każda sekunda wciąganego tytoniu jest bezcenna, wszystko zatrzymuje się na moment. Ten moment nie jest liczony w sekundach ani minutach, ale w ilości myśli przepływających przez głowę. Wyrzucił niedopałek nie na ziemię, ale do kosza – to w końcu Niemcy. „To co jedziemy?” – „Jedziemy”.
Stacja benzynowa, rozłożona mapa na masce samochodu daje poznać że pierwszy raz zgubili się w tym mieście. „Zaczyna się rewelacyjnie” pomyślał Sebastian. -„Synu, gdzie to jest, Pestalozzistraße, czy jakoś tak? – „Wiem, tyle co i ty. Najpierw może znajdźmy jakiś bank, akademików poszukamy później”. –„Bank widziałem po drodze, możemy się zawrócić” –„O.K” Podjechali pod samo wejście, Seba zaczął nerwowo przeglądać wszystkie dokumenty. –„Na pewno idziesz sam?” – „Tak, najwyżej nic nie załatwię”. Wysiadł z auta i wszedł do banku, nie minęła minuta a już młody człowiek się nim zainteresował. –„W czym mogę pomóc?” – padło pytanie zadane nieskazitelnym niemieckim. –„Chciałbym otworzyć konto w banku, przyjechałem tu na Erasmusa” – Sebastian wyrzucił to wyryte na pamięć zdanie i czekał czy zostanie zrozumiany. „W takim razie zapraszam do siebie do biura” – odparł pracownik. Potem poszło już jak spłatka. Stan cywilny, adres zamieszkania, dokumenty, zaświadczenia. –„O widzę, że Pan z Warszawy, ładne miasto” –„Dziękuję” – odpowiedział, a tak naprawdę pomyślał że było by ładniejsze jakby go w trakcie wojny nie zrównali z ziemią. Nie było w tym ani krzty niechęci, raczej swego rodzaju rozluźnienie umysłowe. Myślami przerzucił się z powrotem na sprawy organizacyjne. Konto było otwarte w 10 min. - „Mówi Pan świetnie po niemiecku. Z niektórymi ze studentów zagranicznych nie można się w ogóle dogadać. Z panem to co innego” –„Dziękuję, ale chyba trochę Pan przesadza” - „Nie, proszę mi wierzyć mówię całkiem poważnie, gdyby były jakieś kłopoty tu ma Pan moją wizytówkę, proszę dzwonić. Z mojej strony to wszystko, dziękuję i życzę miłego pobytu w Bambergu”-„Również dziękuję”- odpowiedział Seba. Wyszedł z budynku i rzucił z ulgą –„Dobra załatwione ojciec, nie jest źle. Teraz musimy jechać gdzieś do centrum, bo musze te wszystkie dokumentu popodpisywać” –„Wiesz gdzie dokładnie?” –„Nie no co ty, jedziemy na czuja, wyjmę mapę i jakoś trafimy” Ruszyli. Znajdowali się aktualnie chyba w dzielnicy przemysłowej, bo naokoło wyrastały wciąż to nowe hurtownie i stacje benzynowe. Widok ten zaczął się jednak bardzo szybko zmieniać, bo zauważone wcześniej budynki gospodarcze ustępowały miejsca starym pamiętającym zamierzchłe czasy budowlom. Bamberg nie został zniszczony w trakcie II Wojny Światowej. Wszystko zachowało się w nienaruszonym stanie do dnia dzisiejszego. Stare miasto pamiętało zapewne rządy nazistów i mroczne lata walk na świecie, które najchętniej zostałyby wymazane ze świadomości Europy. Dziś w połowie września, przy pogodzie wręcz upalnej starówka robiła niesamowite wrażenie. Jasne promienie słońca odbijały się w wielkich barokowych oknach zabytków, które należały do Uniwersytetu i spełniały dziś funkcje budynków uczelnianych. Za niecałe 3 tygodnie zasiądą w nich na nowo studenci, a wśród nich koło 140 Erasmusów do których grona należeć miał również Sebastian. Stanęli przed niepozornie wyglądającym budynkiem schowanym w małej uliczce. „Czekaj w samochodzie. Podpisanie tego wszystkiego zajmie mi jakieś 20 minut” Nie czekał na odpowiedź, wysiadł. Było koło 9 rano, ale w środku czekała już na niego mała kolejka. Zaczął się rozglądać, zauważył paru azjatów i jakichś gości wypuszczonych prosto z solarki czyli zapewne hiszpanów. „Boże jedyny co ja tu robię. Ja mam swoje życie w Warszawie, ludzi którzy za mną tęsknią, rozgrzebane sprawy z Moniką. To nie dla mnie” -„Zapraszam następną osobę”. Seba otrzeźwiał i wszedł do pokoju. Wyłożył zdjęcia paszportowe, zapłacił 150 euro za kurs. „Cześć jestem Florian” –„Cześć Sebastian z Polski” –„Mówić po niemiecku, czy po angielsku?” –„Niemiecki, studiuję germanistykę” „Aha, no to świetnie”. Florian wyciągnął pełną teczkę dokumentów i niebieską materiałową torbę z logo Uniwersytetu. –„Taki mały prezent powitalny, na dobry początek” –„Dzięki”.” Ciekawe co sobię z nią zrobie” pomyślał, w sumie mam już pierwszy prezent dla siostry. Sam z nią chodzić nie będe. „Sebastian, teraz wytłumacze Ci wszystko co masz podpisać itp, itd” W ciągu 20 minut Seba wymówił słowo O.K jakieś 60 razy. Florian podtykał mu pod nos co i rusz jakieś nowe dokumenty mające zapewne kolosalne znaczenie dla życia w Bambergu. Sebastian rozumiał wszystko, ale nie widział również powodu dla którego miałby zagłębiać się w szczegóły i drążyć temat. O.K było w tym przypadku zwrotem kluczem. Potwierdzało, że wszystko rozumiesz, jednocześnie określając Twój całkowicie obojętny stosunek do sprawy. –„No to chyba wszystko. Zapraszam jutro na oprowadzanie po mieście” –„Wielkie dzięki, w takim razie do jutra”. Wyszedł ze stosem makulatury pod pachą, ojciec palił już papierosa. -„2:0 dla mnie tato, teraz do akademika” Trasa nie była skomplikowana po jakiś 10 minutach zaparkowali pod osiedlem, które przypominało osiedla z wielkiej płyty w Warszawie, jak by to było dawne NRD. -„Idę znaleźć Hausmeistra i będziemy się rozpakowywać” –„A jak go znajdziesz?”- „Jak zwykle na czuja”. Znalazł pierwsze lepsze wejście do budynku. Przy skrzynkach pocztowych na samym dole stała jakaś para. Obrzucił ich spojrzeniem, ale nie zamierzał się wdawać w rozmowę. Powody były dwa, po pierwsze: to był dzień zjazdu Erasmusów, więc nie za bardzo było wiadomo w jakim języku miałby zagadać. Po drugie: zawsze przyświecała mu złota zasada „nie gadaj, im dłużej ktoś nie wie, że jesteś idiotą tym lepiej dla Ciebie”. –„Cześć Justyna jestem” – odezwała się dziewczyna po polsku. –„Jak, gdzie, co. Skąd ona wie, że jestem z Polski. Masz pod pachą polski informator kretynie”- zaświtało mu –„Cześć Sebastian”- odpowiedział. „Skąd jesteś?” –„Warszawa” – „O, a ja Poznań, generalnie dużo wiary będzie z Poznania” –„Dużo kurwa czego?, Co to jest jakieś kółko różańcowe?”- pomyślał. –„Aha” wydusił z siebie.
Za oknem zaczęło świtać. Jechał autostradą z myślą, że w pewien sposób historia zatacza krąg. Przecież jego tata, też kiedyś w tych okolicach mieszkał i pracował, przecież on sam jako małe dziecko spędził tu połowę swojego życia. - „Chcesz kanapke?” -„Nie dzięki” „Już niedługo będziemy, pomóc Ci w czymś. Co Ty tam masz w ogóle załatwić?” – zapytał Tata -„Lepiej zapytaj czego nie mam załatwić. Otworzyć konto w banku, zameldować się, odebrać klucze od pokoju, podpisać kilka dokumentów.” - „To może pójdę z Tobą do tego banku?” - „Ojciec jestem na 4 roku Germy, jeśli nie potrafię sam otworzyć konta w banku, to po co tam w ogóle jadę. Dam sobie radę” Sama myśl o tym, że będzie musiał mówić po niemiecku doprowadzała go do odruchów wymiotnych. Dwa ostatnie miesiące to było nieustanne rycie. A teraz to wszystko tak naprawdę było o kant dupy potłuc, bo nikt go nie będzie tam pytał, gdzie się stawia przecinki, a gdzie nie. Wyrzucą w jego kierunku w banku na pewno potok słów, a on biedak będzie ogarniał co drugie słowo. –„Tato stań, zróbmy przerwe na papierosa. Bamberg nie ucieknie.” Zawsze pamiętał ważne papierosy w swoim życiu i ten na parkingu A4 na pewno do nich należał. Wysiedli obaj z samochodu i zapalili. Nie rozmawiali ze sobą. Są takie chwile kiedy każda sekunda wciąganego tytoniu jest bezcenna, wszystko zatrzymuje się na moment. Ten moment nie jest liczony w sekundach ani minutach, ale w ilości myśli przepływających przez głowę. Wyrzucił niedopałek nie na ziemię, ale do kosza – to w końcu Niemcy. „To co jedziemy?” – „Jedziemy”.
Stacja benzynowa, rozłożona mapa na masce samochodu daje poznać że pierwszy raz zgubili się w tym mieście. „Zaczyna się rewelacyjnie” pomyślał Sebastian. -„Synu, gdzie to jest, Pestalozzistraße, czy jakoś tak? – „Wiem, tyle co i ty. Najpierw może znajdźmy jakiś bank, akademików poszukamy później”. –„Bank widziałem po drodze, możemy się zawrócić” –„O.K” Podjechali pod samo wejście, Seba zaczął nerwowo przeglądać wszystkie dokumenty. –„Na pewno idziesz sam?” – „Tak, najwyżej nic nie załatwię”. Wysiadł z auta i wszedł do banku, nie minęła minuta a już młody człowiek się nim zainteresował. –„W czym mogę pomóc?” – padło pytanie zadane nieskazitelnym niemieckim. –„Chciałbym otworzyć konto w banku, przyjechałem tu na Erasmusa” – Sebastian wyrzucił to wyryte na pamięć zdanie i czekał czy zostanie zrozumiany. „W takim razie zapraszam do siebie do biura” – odparł pracownik. Potem poszło już jak spłatka. Stan cywilny, adres zamieszkania, dokumenty, zaświadczenia. –„O widzę, że Pan z Warszawy, ładne miasto” –„Dziękuję” – odpowiedział, a tak naprawdę pomyślał że było by ładniejsze jakby go w trakcie wojny nie zrównali z ziemią. Nie było w tym ani krzty niechęci, raczej swego rodzaju rozluźnienie umysłowe. Myślami przerzucił się z powrotem na sprawy organizacyjne. Konto było otwarte w 10 min. - „Mówi Pan świetnie po niemiecku. Z niektórymi ze studentów zagranicznych nie można się w ogóle dogadać. Z panem to co innego” –„Dziękuję, ale chyba trochę Pan przesadza” - „Nie, proszę mi wierzyć mówię całkiem poważnie, gdyby były jakieś kłopoty tu ma Pan moją wizytówkę, proszę dzwonić. Z mojej strony to wszystko, dziękuję i życzę miłego pobytu w Bambergu”-„Również dziękuję”- odpowiedział Seba. Wyszedł z budynku i rzucił z ulgą –„Dobra załatwione ojciec, nie jest źle. Teraz musimy jechać gdzieś do centrum, bo musze te wszystkie dokumentu popodpisywać” –„Wiesz gdzie dokładnie?” –„Nie no co ty, jedziemy na czuja, wyjmę mapę i jakoś trafimy” Ruszyli. Znajdowali się aktualnie chyba w dzielnicy przemysłowej, bo naokoło wyrastały wciąż to nowe hurtownie i stacje benzynowe. Widok ten zaczął się jednak bardzo szybko zmieniać, bo zauważone wcześniej budynki gospodarcze ustępowały miejsca starym pamiętającym zamierzchłe czasy budowlom. Bamberg nie został zniszczony w trakcie II Wojny Światowej. Wszystko zachowało się w nienaruszonym stanie do dnia dzisiejszego. Stare miasto pamiętało zapewne rządy nazistów i mroczne lata walk na świecie, które najchętniej zostałyby wymazane ze świadomości Europy. Dziś w połowie września, przy pogodzie wręcz upalnej starówka robiła niesamowite wrażenie. Jasne promienie słońca odbijały się w wielkich barokowych oknach zabytków, które należały do Uniwersytetu i spełniały dziś funkcje budynków uczelnianych. Za niecałe 3 tygodnie zasiądą w nich na nowo studenci, a wśród nich koło 140 Erasmusów do których grona należeć miał również Sebastian. Stanęli przed niepozornie wyglądającym budynkiem schowanym w małej uliczce. „Czekaj w samochodzie. Podpisanie tego wszystkiego zajmie mi jakieś 20 minut” Nie czekał na odpowiedź, wysiadł. Było koło 9 rano, ale w środku czekała już na niego mała kolejka. Zaczął się rozglądać, zauważył paru azjatów i jakichś gości wypuszczonych prosto z solarki czyli zapewne hiszpanów. „Boże jedyny co ja tu robię. Ja mam swoje życie w Warszawie, ludzi którzy za mną tęsknią, rozgrzebane sprawy z Moniką. To nie dla mnie” -„Zapraszam następną osobę”. Seba otrzeźwiał i wszedł do pokoju. Wyłożył zdjęcia paszportowe, zapłacił 150 euro za kurs. „Cześć jestem Florian” –„Cześć Sebastian z Polski” –„Mówić po niemiecku, czy po angielsku?” –„Niemiecki, studiuję germanistykę” „Aha, no to świetnie”. Florian wyciągnął pełną teczkę dokumentów i niebieską materiałową torbę z logo Uniwersytetu. –„Taki mały prezent powitalny, na dobry początek” –„Dzięki”.” Ciekawe co sobię z nią zrobie” pomyślał, w sumie mam już pierwszy prezent dla siostry. Sam z nią chodzić nie będe. „Sebastian, teraz wytłumacze Ci wszystko co masz podpisać itp, itd” W ciągu 20 minut Seba wymówił słowo O.K jakieś 60 razy. Florian podtykał mu pod nos co i rusz jakieś nowe dokumenty mające zapewne kolosalne znaczenie dla życia w Bambergu. Sebastian rozumiał wszystko, ale nie widział również powodu dla którego miałby zagłębiać się w szczegóły i drążyć temat. O.K było w tym przypadku zwrotem kluczem. Potwierdzało, że wszystko rozumiesz, jednocześnie określając Twój całkowicie obojętny stosunek do sprawy. –„No to chyba wszystko. Zapraszam jutro na oprowadzanie po mieście” –„Wielkie dzięki, w takim razie do jutra”. Wyszedł ze stosem makulatury pod pachą, ojciec palił już papierosa. -„2:0 dla mnie tato, teraz do akademika” Trasa nie była skomplikowana po jakiś 10 minutach zaparkowali pod osiedlem, które przypominało osiedla z wielkiej płyty w Warszawie, jak by to było dawne NRD. -„Idę znaleźć Hausmeistra i będziemy się rozpakowywać” –„A jak go znajdziesz?”- „Jak zwykle na czuja”. Znalazł pierwsze lepsze wejście do budynku. Przy skrzynkach pocztowych na samym dole stała jakaś para. Obrzucił ich spojrzeniem, ale nie zamierzał się wdawać w rozmowę. Powody były dwa, po pierwsze: to był dzień zjazdu Erasmusów, więc nie za bardzo było wiadomo w jakim języku miałby zagadać. Po drugie: zawsze przyświecała mu złota zasada „nie gadaj, im dłużej ktoś nie wie, że jesteś idiotą tym lepiej dla Ciebie”. –„Cześć Justyna jestem” – odezwała się dziewczyna po polsku. –„Jak, gdzie, co. Skąd ona wie, że jestem z Polski. Masz pod pachą polski informator kretynie”- zaświtało mu –„Cześć Sebastian”- odpowiedział. „Skąd jesteś?” –„Warszawa” – „O, a ja Poznań, generalnie dużo wiary będzie z Poznania” –„Dużo kurwa czego?, Co to jest jakieś kółko różańcowe?”- pomyślał. –„Aha” wydusił z siebie.
czwartek, 25 lutego 2010
Prolog
czwartek, 25 lutego 2010
-Nie ma miłości, jest tylko przywiązanie i rutyna. Ludzie wymyślili sobie uczucia aby usprawiedliwić fakt, że nie potrafią żyć sami, druga osoba jest im w rzeczywistości potrzebna tylko do zaspokojenia potrzeb fizycznych. Sebastian podniósł głowę z nad kubka. Przez dłuższą chwilę trawił słowa, które przed chwilą wypowiedziała Monika. Nie było sensu spierać się w tym temacie, nawet jeśli znalazłby argumenty obalające jej teorię i tak nie dałaby się przekonać. Była uparta i niezależna. Odkąd ją znał zawsze taka była, nigdy wcześniej mu to nie przeszkadzało. –Nie przesadzasz trochę?, Przecież to nie jest tak, że jesteśmy jakimiś zwierzętami. – Wszyscy naokoło myślą tylko o sobie, co zrobić żeby to mi było dobrze, jak się w życiu odpowiednio urządzić, cały czas tylko ja, ja i ja. Wiesz co nas róźni? – nie dała mu odpowiedzieć – Ja mam odwagę powiedzieć wprost, że druga osoba nigdy nie będzie dla mnie w życiu priorytetem. –Cieszę sie Twoim szczęściem – odparł zgryźliwie i pociągnął kolejny łyk coca coli z wódką ze swojego kubka. Dobiegała pierwsza w nocy. Za oknem słychać było świst chłodnego zimowego wiatru. Wstał i podszedł do okna. Na trzy latarnie w zasięgu jego wzroku działała jedna. Rzucała światło na stary zdezelowany placa zabaw, który placem zabaw był chyba tylko dla menelstwa, które latem zbierało się pod oknami bloku i wzbogacało życie kulturalne miasta. Teraz był jednak styczeń i każdy nawet najbardziej zatwardziały degenerat siedział raczej w domu sącząc wino marki wino aniżeli ryzykował melanż na świeżym powietrzu. –Pójdę już, za pół godziny mam nocny – powiedział nie odwracając się i zaparowując w ten sposób swym oddechem kawałek szyby – Nie możesz zostać na noc? Przecież i tak są ferie. Po co się będziesz tłukł przez całe miasto? Odwrócił się w jej kierunku. Siedziała przy stole sącząc wino nie patrząc wogóle w jego kierunku. Mógł zostać, ale w tej chwili nie potrafił odgadnąć czy ona naprawdę tego chce, czy tylko tak mówi, bo jej wypada. – Jednak pójdę, wiesz własne wyro to jednak zawsze własne wyro. – Jak chcesz. Jej ostatnie słowa miały temperaturę lodu arktycznego. Mógł się powoli zacząć do tego przyzwyczajać. Ich ostatnie dyskusje bardzo często kończyły się w ten sposób. Niby nigdy się nie kłócili, niby nigdy nikt na nikogo się nie obrażał. Nie dało się jednak ukryć, że oboje balansowali na pewnej cienkiej linie, linie którą chcąc nie chcąc oboje dawno temu rozciągneli między sobą. Kwestią dni lub miesięcy było to, kiedy któreś z nich postawi nierozważny krok i runie w dół w wir wyrzutów i wzajemnych oskarżeń. Sprawdzenie na własnej skórze czy na dole rozwinięta jest siatka zabezpieczająca nie było czymś co którekolwiek z nich chciałoby sprawdzić. – Idę, zdzwonimy się jakoś. –O.K. Równie dobrze mógł powiedzieć, że zadzwoni. Monika miała interesujące podejście do kontaktów międzyludzkich, uważała je za zło konieczne. Coś co trzeba zaakceptować ażeby funkcjonować we współczesnym społeczeństwie, ale pod żadnym pozorem nie trzeba się z tym zgadzać. Tak więc oczekiwanie na telefon z jej strony możnabyło porównać z nadziejami na to, że Dworzec Centralny w Warszawie zostanie przebudowany. Niby jakieś plany są, ale kiedy i gdzie to wie jedynie Ten w górze. Wyszedł. Nie zapalił światła na korytarzu, nigdy tego nie robił. Jeżeli ktoś ma go napaść na klatce zrobi to niezależnie od oświetlenia przestrzeni. W sumie teraz było mu to i tak obojętne. Rozsupłał słuchawki, włożył je do uszu i energicznym krokiem zszedł po schodach. Na dole przywitał go zimowy chłód połączony z niewielkimi opadami śniegu. Włączył MP3 i nastawił album, który trwać będzie dokładnie tyle ile droga do domu. Zawsze bardzo chciał kończyć rzeczy, które rozpoczynał, ale niestety chcieć to nie znaczy móc. Aktualnie miał mnóstwo rozgrzebanych i niedokończonych spraw, a dla oszukania własnej psychiki, dania jej jakiegoś potwierdzenia, że jednak coś robi od początku do końca stosował ten unik z muzyką. To było jedno ze zboczeń mózgowych, zboczeń które każdy posiada ale nikt otwarcie się do nich nie przyznaje. Czy było złe? Przecież próbował tylko oszukać sam siebie, że w jego życiu panuje jakiś porządek, nie mieszał w to osób trzecich. W drodze na przystanek rozpadało się na dobre, naciągnął kaptur i przygłosił muzykę. Przejście dla pieszych, światło czerwone, zielone bez znaczenia. Wszedł na ulicę, musiał przekręcić całą głowę, żeby sprawdzić czy coś jedzie, kaptur zdecydowanie ograniczał mu widoczność. Poczuł uderzenie, pisku nie usłyszał, bo nie mógł, zginął na miejscu.
czwartek, 21 stycznia 2010
piątek, 8 stycznia 2010
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Schwindel. Gefühle
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Gaszę światło i kładę się spać. Najpierw na plecach, tak bezpieczniej. Zamykam oczy i momentalnie odpływam, zapadam się sam w siebie. Wszystko wiruje, nie tak mocno jak wcześniej, ale jednak. Serce przyspiesza tak, że czuje jakby zaraz miało mi wyskoczyć z klatki. Otwieram oczy i siadam na łóżku. Nagle w pokoju zrobiło się strasznie gorąco. Siedzę na łóżku jakieś 5 minut a potem próbuję położyć się na boku. Chyba wszystko o.k, prawie zasypiam. Nagły atak strachu wyrywa mnie kompletnie z letargu. Strach przed czym? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Znowu przewracam się na plecy ale ten sama panika wywołuje nagły dopływ adrenaliny więc o śnie nie ma mowy. Znowu siadam na łóżku, wstaje, odsuwam firankę żeby mieć widok na miasto. Zapalam lampę nad stołem, muszę mieć jakiś punkt odniesienia, bo inaczej za bardzo mi się w głowie kręci. Łykam dwie tabletki i rzucam się na łóżko, ostentacyjnie lekceważąc moje zawroty. Kładę się na boku i obserwuje ciemne niebo przez szybę. Zasypiam kiedy zaczyna się przejaśniać z nadzieją, że jutro będzie lepiej. Przecież musi być, bo ile tak można żyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
